Category: Ameryka Północna


Dwadzieścia jeden procent Amerykanów wierzy w słynny incydent w Roswell (Nowy Meksyk) z 1947 – w to, że rozbiło się tam UFO (czy jak kto woli NOL) i w zatuszowanie tego przez rząd; ponad dwanaście i pół miliona obywateli twierdzi, że tzw lizard people chcą przejąć władzę w kraju; czternaście procent uważa, że Wielka Stopa istnieje, a piętnaście, że rząd Stanów Zjednoczonych kontroluje umysły ludzi przy pomocy środków masowego przekazu, takich jak telewizja.[1][2]

Amerykanie mają tendencję do wierzenia w teorie spiskowe i są świetni w tworzeniu coraz nowszych. Potrafią podważyć osiągnięcia własnego kraju, takie jak lądowanie na Księżycu, oraz otwarcie twierdzić, że zostali porwani przez kosmitów (dziękujemy, Z Archiwum X, dziękujemy). Trudno powiedzieć, gdzie należy się doszukiwać pociągu tego narodu do niewiary we własny rząd czy fascynacji zjawiskami paranormalnymi.

Lets just say I want to believe[3]

i want to believePowstała już niezliczona ilość filmów i seriali o przybyszach z kosmosu – czasami o tych mających jak najbardziej pokojowe zamiary (E.T.), a czasami o tych mniej przyjaznych (V: Goście; Defiance). Pytanie jakie  możemy sobie postawić w związku z tym brzmi, skąd u Amerykanów tak wielka wiara w życie pozaziemskie? Skąd w społeczeństwie, które przez lata utwierdzało się w swojej wyjątkowości, misji zbawienia świata, pojawia się myśl o kosmitach? – a zakładamy, że skoro już tu przybyli, to raczej mimo wszystko nie są pokroju kultowego podopiecznego Spielberga. Skoro Amerykanie tak bardzo wierzą w swoją potęgę, to dlaczego wciąż tworzą postapokaliptyczne obrazy, w których pozaziemskie cywilizacje – inteligentniejsze, po tysiąckroć bardziej zaawansowane technicznie, posiadające zdolności dla nas niepojęte – niszczą ich potęgę, przejmują władzę, mieszają w umysłach, a w końcu zabijają (we własnym przekonaniu wyświadczając nam przysługę). A pamiętać trzeba – jak sam we wstępie do swojej książki pisze Jerzy Domański[4] – że temat jest jedną z najbardziej pasjonujących zagadek.

Zacznijmy od tego, że musimy się pozbyć wyobrażeń o kosmitach jako o małych zielonych ludzikach. To tylko wizerunek sprzed lat, bardzo często do dziś promowany szczególnie jeśli chodzi o artykuły dziecięce (tak, na przykład witaminy Marsjanki). Kosmici od dawna przybierają kolor raczej szary, albo przyjmują postać jaszczuro-podobnych istot. Raczej nie znajdziecie innych opisów. Latające spodki owszem, wciąż funkcjonują, wielkie ciemne oczy wciąż hipnotyzują, a badania przeprowadzane na porwanych homo sapiens wciąż są bolesne. Porwani opowiadają o lewitacji, o widzeniu kolorowych świateł, o wyczuwaniu czyjejś obecności, o latających obiektach, czasami podobnych do talerzy.

Inni opowiadają o Strefie 51 położonej nad jeziorem Groom w Nevadzie i o teoriach dotyczących przetrzymywania w tej jednostce statku kosmicznego (oraz ciał kosmitów), który rozbił się w Roswell, o samolocie Aurora czy o Bobie Lazarze, który rzekomo pracował w strefie 51, gdzie rozpracowywał sposób działania czterech statków kosmicznych. Oprócz tego Lazar podawał się między innymi za absolwenta takich uczelni jak MIT. Jednak w żadnej ze szkół o nim nie słyszano. Właściwie Lazar pojawił się znikąd, opowiada historie, których nikt nie może potwierdzić, a nawet badania wariografem nie dały jednoznacznych wyników co do jego historii.[5]

Jednak ze wszystkich teorii czy wszystkiego co narosło wokół UFO, najciekawsze wydają się być rzekome porwania. Nie byłyby prawdopodobnie niczym niezwykłym, w końcu na świecie trafia się wielu „lunatyków”. Jednak należy tutaj wspomnieć o tym, że wśród osób zainteresowanych tą sprawą (a czasami nawet doświadczonych taką sytuacją) są nie tylko „szarzy obywatele” ale naukowcy, przedstawiciele inteligencji. Podczas corocznego spotkania „grupy wsparcia dla osób porwanych przez kosmitów” (Alien – Support Group Annual Meeting in Newport, Rhode Island)[6] Ralph Blumenthal, dziennikarz (pracował dla New York Times’a) napisał artykuł dla Vanity Fair, w którym oprócz krótkiej relacji ze spotkania – na którym poznał wiele osób, które deklarowały, że zostały porwane – przedstawił nam znane w świecie miłośników UFO postaci. Skupia się na Johnie Edwardzie Mack’u – profesorze Harvard Medical School, zwycięzcy Nagrody Pulitzera, który poświęcił lwią część życia na badania  nad uprowadzeniami. Tym samym,  prominentny absolwent i pracownik naukowy jednej z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie postawił na szali swoją karierę, narażając się na szykany i ryzykując swoją reputacją. Sprawa przedstawiała się o tyle gorzej, że Mack nie poprzestał na samych badaniach – nie dość, że bronił ludzi, z którymi miał okazję rozmawiać, to jeszcze głosił teorie jakoby mówili szczerą prawdę, nie będąc równocześnie osobami niezrównoważonymi psychicznie. Wcześniej, podobne badania przeprowadził Budd Hopkins – malarz i rzeźbiarz, który część otrzymanych wyników przekazał własnie Mackowi, który – koniec końców – skrytykowany przez władze Harvarda stał się obiektem debaty podczas specjalnego zebrania. Pierwszy raz w historii członek grona pedagogicznego Uniwersytetu Harvarda stał się obiektem takiej debaty. Podczas tego spotkania debatowano nad tym, czy Mack nie wmówił swoim pacjentom uprowadzeń oraz czy jego badania odbywały się zgodnie z zasadami etycznymi naukowymi. Ostatecznie pozwolono mu prowadzić bez przeszkód dalsze badania oraz potwierdzono, że pozostaje członkiem Harvard Faculty of Medicine. Mack prowadził badania aż do swojej tragicznej śmierci (został potrącony przez pijanego kierowcę, tak samo jak jego jego ojciec wiele lat wcześniej).

Na spotkaniu opisywanym przez Blumenthala pojawili się też psychoterapeuci, dziennikarze, astrofizycy oraz takie osoby jak dyrektor McLean Hospital Southeast (który związany jest z Uniwersytetem Harvarda). Pokazuje tu, że tematyka zjawisk paranormalny przestaje być domeną szaleńców, a zaczyna interesować (oraz doświadczać) naukowców i ludzi, których raczej posądzalibyśmy o sceptyczne podejście – godne agentki Scully.[7] Zjawisko ciekawe pod względem psychologicznym, socjologicznym, a – jak się koniec końców okazuje – także naukowym stanowi margines wszelkiego rodzaju badań. Chociaż większość ludzi boi się przyznać do faktu doświadczenia kontaktów z pozaziemskimi istotami, czy chociażby do tego, że skłonni są w takie historie uwierzyć, to mimo wszystko (między innymi dzięki wpływowi kultury popularnej) rozważania tego typu powoli wychodzą na światło dzienne i wprawiają w zdumienie, a czasami zakłopotanie coraz większe rzesze ludzi.

Let’s tell people that we don’t care about conspiracy theories said no Freemason ever

George WashingtonKolejnym elementem pobudzającym wyobraźnię ludzi na całym świecie są tajne stowarzyszenia, organizacje, zakony z którym również łączy się wiele tajemnic. „Tajemnica”, czyli słowo – klucz jest prawdopodobnie jednym z najlepszych haseł reklamowych, jakie ludzkość mogła wymyślić.

Templariusze, wolnomularstwo,  Iluminaci – powstało o nich tyle samo teorii spiskowych, ile o UFO czy o zabójstwie JFK. Ci drudzy pojawili się w Stanach Zjednoczonych już około 1730 roku i po pewnym czasie wśród jej członków znaleźli tacy wybitni przedstawiciele elity jak Benjamin Franklin czy George Washington.[8] Zarzuty pod adresem Masonów pojawiły się jeszcze w XVIII wieku, kiedy zarzucano im związki z Francją – zwłaszcza z Francją rewolucyjną oraz rzekomą chęć rozprzestrzeniania w Stanach niewłaściwych wartości i poglądów pochodzenia europejskiego. Liczne stopnie wtajemniczenia, brak wglądu dla osób postronnych w jakiekolwiek rytuały czy tradycje, duży stopień zhierarchizowania, to wszystko nie przyniosło stowarzyszeniu popularności. Prawdziwym „przełomem” jeśli chodzi o postrzeganie Masonów było domniemane morderstwo Williama Morgana, jednego z przedstawicieli Anty-Masonów. Wydarzenie, które miało miejsce w 1826 roku wzmocniło trzecią w gruncie rzeczy partię polityczną – Anti-Masonic Party, która pełniła również funkcję opozycyjną do Andrew Jacksona i jego kandydatury (sami również wystawili swojego kandydata na prezydenta). Po tym jak Morgan zadeklarował chęć wydania książki, w której miał obalić tajemnice tej organizacji (sam dostąpił jedynie pierwszego stopnia wtajemniczenia, kolejnych mu odmówiono) został najpierw aresztowany, a następnie wywieziony i rzekomo utopiony w rzece Niagara, co do dziś nie zostało udowodnione ani ostatecznie powiązane z Masonami. Ci ostatni oświadczyli, że jedyny ich związek z tą sprawą to zapłacenie Morganowi pięciuset dolarów za opuszczenie kraju.

Dzisiaj posądzani o powiązanie z zabójstwem JFK, o bycie żydowską organizacją, która ma na celu realizację swoich prywatnych celów, o kontrolę nad światem (co głównie jest spowodowane przekazami popkultury, takimi jak książki Dana Browna[9] – tu należy się zastanowić nad zdolnością ludzi do odróżniania prawdy od fikcji literackiej) o bycie odpowiedzialnymi za ataki z 11 września (rzekomo Masoni jako potomkowie Templariuszy[10] prowadzili świętą wojnę z Islamem) i wiele innych. Najbardziej znanymi symbolami Wolnomularzy są cyrkiel, węgielnica i – przede wszystkim – tzw. All-Seeing Eye, Eye of Providence,  Wszystkowidzące Oko, symbol Wielkiego Architekta Wszechświata czyli Absolutu. Symbol ten pojawia się m.in. na Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych, co (między innymi dzięki filmowi Dzień Niepodległości) przyczynia się do wiary w teorię jakoby organizacja umieszczała wszędzie swoje symbole, a to z kolei bywa równoznaczne z kontrolą kraju.

Organizacja ta służy jako idealny kozioł ofiarny. Postronnym niewiele o niej wiadomo. Jej  członkami byli wielcy Amerykanie, rekrutuje ludzi z klasy wyższej i średniej, jest fundatorem wielu organizacji charytatywnych czy ośrodków medycznych [11][12]. Można ją wręcz obrazowo przedstawić jako polityka, który ma pieniądze i niewiele o nim wiadomo. A takich ludzi się nie lubi, takich ludzi się obwinia o wiele rzeczy. Wynika to z potrzeby znalezienia czegoś, co wydaje się nierealne, a skoro wydaje się nierealne i nam odległe, to sprawia wrażenie dużo większego zagrożenia niż nim jest w rzeczywistości, o ile takowym w ogóle jest. A dopóki nie ma takiego potwierdzenia, Masoni pobudzają wyobraźnię i zmuszają miłośników wszelakich tajemnic do szukania „prawdy”, która – jak wiadomo – istnieje. [13]

 

Iluminaci

Since Masonry is itself a secret society, the Illuminati was a secret society within a secret society, a mystery inside a mystery, so to say. In 1785 the Illuminati were suppressed by the Bavarian government for allegedly plotting to overthrow all the kings in Europe and the Pope to boot. This much is generally agreed upon by all historians. Everything else is a matter of heated, and sometimes fetid, controversy. [14]

Idąc za myślą Roberta A. Wilsona, Iluminaci są o rangę wyżej niż Wolnomularze. Co więcej u tych drugi doszukiwano się związków z Iluminatami, tego, że są przez nich kontrolowani. Można jednak doszukiwać się podobieństw między tymi dwoma organizacjami, głównie w obrzędach inicjacyjnych oraz w strukturze hierarchii.

Zakon założony w 1776 roku w Ingolstadt przez Adama Weishupta – „entuzjastycznego filantropistę”[15], „diabła”[16] – miał na celu doprowadzenie ludzi do szczęścia i wolności od przesądów i uprzedzeń jak również wyzwolenie spod dominacji Kościoła Katolickiego.

Wśród członków Iluminatów znajdowali się Francuzi, Polacy, Belgowie, Włosi i inni. Wielu z nich było profesorami, pisarzami, prawnikami.[17]

W momencie przejęcia w Bawarii władzy przez Karla Teodora w 1777 istnienie Iluminatów stanęło pod dużym znakiem zapytania. Polityka nowego władcy sprzeciwiała się wszelkim tajnym organizacjom, a akt z 1785 roku ostatecznie zabraniał ich powstawania. Jednak pod koniec XVIII wieku John Robinson i Augustin Barruel spekulowali, że Iluminaci przetrwali i głosili teorie w swoich dziełach: Proofs of a Conspiracy i Memoirs Illustrating the History of Jacobinism.[18]

Dzisiaj pisarze pokroju Marka Dice’a twierdzą, że Iluminaci przetrwali (stając się inspiratorami Rewolucji Francuskiej) i mają związek z „Nowym Porządkiem Świata”. Sam Dice prowadzi walkę z tym „Nowym Porządkiem” (fighting the New World Order), nielegalnymi wojnami, mafią (za którą, jak twierdzi, również stoją Iluminaci) czy właśnie sekretnymi stowarzyszeniami. [19]

Iluminaci, czy raczej inspiracja nimi, są najbardziej widoczni w popkulturze. W literaturze tradycyjnie prym wiedzie Dan Brown i jego Anioły i Demony, jednak jak się okazuje nawiązania do Zakonu możemy znaleźć także u takich klasyków jak Lew Tołstoj w książce pt. Wojna i Pokój[20].  Poza tym z wykorzystaniem niniejszego motywu mamy do czynienia również w komiksie o Iluminatach stworzonym przez Marvel Comics,  czy idącym w jego ślady serialu animowanym Justice League: Unlimited (Justice League, DC Comics) ukazującym teorie spiskowe związane z tą organizacją. Temat obecny w muzyce, w polityce (np. wypowiedź lidera zespołu Korn, który nazwał Obamę marionetką Iluminatów[21]) jak i w grach komputerowych wciąga ludzi i skłania do doszukiwania się znaków Iluminatów (oraz Masonów) wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Za przykład posłużyć może tu może Paul Joseph Watson – autor filmu Illuminati Symbolism in New Justin Timberlake Video , w którym analizuje najnowsze teledyski Justina Timberlake’a pod kątem symboli tych stowarzyszeń.[22] Doszukuje się ich tam momentami w miejscach, które nie mają żadnego związku z Iluminatami. Czasami poszukiwacze tajemniczych symboli nie zdają sobie sprawy z faktu, że niektóre z nich nie tylko mają charakter uniwersalny (Eye od Providence nie musi być jedynie symbolem któregoś z wymienionych stowarzyszeń), ale czasami używane są ponieważ są „fajne”. Artyści lansują się na „tajemniczych” doskonale zdając sobie sprawę z tego, że to przyciąga ludzi, a czasami budzi kontrowersje.

Im mniej wiadomo o organizacji, tym lepiej dla zwolenników teorii spiskowych. W końcu trudno podważać fakty, ale łatwo je stworzyć i sprzedać, wtedy kiedy ich nie ma. Poza tym ważną jest też kwestia strachu przed nieznanym. Tak było z judaizmem i mitami, które narosły wokół niego. Tak dzieje się teraz ze stowarzyszeniami, które nie informują o szczegółach swojej działalności opinii publicznej. Nie rozumiemy, a więc krytykujemy; krytykujemy, a więc wkrótce zaczniemy winić. Kultura, tysiące lat jej rozwoju, jej przekształceń stanowi niezwykle złożony byt, pełen symboli, umowności, gdzie wszystko zależy od interpretacji. Pozwolę sobie zacytować w tym miejscu – może mało „profesjonalnie”, ale potrzebnie – fragment pewnej książki, którą z całą pewnością wszyscy znają, a która wbrew pozorom pokazuje nam poniekąd sposób funkcjonowania społeczeństwa:

Professor Langdon, called a young man with curly hair in the back row, if Masonry is not a secret society, not a corporation, and not a religion, then what is it?

Well, if you were to ask a Mason, he would offer the following definition: Masonry is a system of morality, veiled in allegory and illustrated by symbols.

Sounds to me like a euphemism for „freaky cult.”

Freaky, you say?

Hell yes! the kid said, standing up. I heard what they do inside those secret buildings! Weird candlelight rituals with coffins, and nooses, and drinking wine out of skulls. Now that’s freaky!

Langdon scanned the class. Does that sound freaky to anyone else?

Yes! they all chimed in.

Langdon feigned a sad sigh. Too bad. If that’s too freaky for you, then I know you’ll never want to join my cult.

Silence settled over the room. The student from the Women’s Center looked uneasy. You’re in a cult?

Langdon nodded and lowered his voice to a conspiratorial whisper. Don’t tell anyone, but on the pagan day of the sun god Ra, I kneel at the foot of an ancient instrument of torture and consume ritualistic symbols of blood and flesh.

The class looked horrified.

Langdon shrugged. And if any of you care to join me, come to the Harvard chapel on Sunday, kneel beneath the crucifix, and take Holy Communion.

The classroom remained silent.

Langdon winked. Open your minds, my friends. We all fear what we do not understand. [23]

Jakkolwiek śmieszne może się wydawać powoływanie na czystą fikcję literacką, to trzeba przyznać, że ostatnie zdanie idealnie podsumowuje nasze postrzeganie tego co nieznane. I właśnie w tym należy się doszukiwać źródeł prawdopodobnie wszystkich teorii spiskowych świata.

Houston, Tranquility Base here. The Eagle has landed. Did he?

Moon landingKiedy Apollo 11 lądował na Księżycu było pewne, że świat się zmienił, ludzkość przekroczyła kolejną granicę w przenośnym i dosłownym tego słowa znaczeniu. Mogłoby się więc wydawać, że nikomu nie przyjdzie do głowy kwestionować osiągnięcia na skalę światową, a już na pewno nie Amerykanom, którzy tego dokonali. Jednak prawie dwadzieścia dwa miliony obywateli Stanów Zjednoczonych wierzy, że lądowanie na Księżycu nigdy nie miało miejsca i zostało sfingowane. Co wpłynęło na miliony Amerykanów, że tak trudno im uwierzyć w niebywałe osiągnięcie swojego kraju?

Koniec lat 60. XX wieku był początkiem słabnięcia poparcia obywateli amerykańskich dla rządu, co trwało aż do 1980 roku[24]. Wojna w Wietnamie, publikacja Pentagon Papers[25]    w 1971 roku przyczyniły się do tego, że naród przestał wierzyć rządowi i zaczął podważać jego prawdomówność. W atmosferze rosnącej nieufności znaleźli się więc i zwolennicy teorii, że lot na Księżyc nigdy nie miał miejsca. Sami zainteresowani, członkowie załogi Apollo 11 czyli Buzz Aldrin, Neil Armstrong oraz Michael Collins (o którym często się zapomina w kontekście tej słynnej pionierskiej wyprawy) odmawiali udzielania wywiadów na ten temat. Pojawiające się w zastraszającym tempie teorie posunęły się nawet do stwierdzeń, że trzynastu członków załogi trzech różnych lotów (które miały miejsce od połowy lat 60. do misji Challengera z 1986 roku) zostali zabici przez NASA w celu ukrycia prawdy. [26] Jest to prawdopodobnie jedna z najbardziej radykalnych teorii. Pozostałe wysuwają wątpliwości dotyczące lądowania, które jednak w większości, jeśli nie w całości zostały rozwiane. Zaliczały się do nich między innymi:

  • fakt łopotania flagi, co nie powinno być możliwe na Księżycu z powodu braku wiatru – jeden z najpopularniejszych argumentów zwolenników teorii spiskowej. Flaga została przymocowana na odpowiednio ukształtowanym metalowym pręcie, dzięki któremu nie opadała.[27]
  • brak gwiazd na zdjęciach (powodami były: czas naświetlania kliszy oraz promienie słoneczne, które odbijając się od Księżyca uniemożliwiały zaobserwowanie oraz uchwycenie gwiazd[28])
  • rzekoma litera „C” na jednym z kamieni na Księżycu – która była niedoskonałością zdjęcia i nie pojawia się w materiale filmowym. Prawdopodobnie był to jedynie włos.[29]
  • zbyt niskie podskoki astronautów (zabroniono im wykonywania bardziej ryzykownych manewrów[30])
  • z innych wątpliwości – tym razem związanych z popkulturą – pojawia się teoria, jakoby Stanley Kubrick (twórca filmu 2001: Odyseja kosmiczna, którego akcja częściowo dzieje się na Księżycu) miał wyreżyserować lądowanie na Księżycu Apollo 11.

To tylko nieliczne z naprawdę wielu wątpliwości nękających liczną grupę niedowiarków. Powstawały i powstają na ten temat książki, a popularne programy telewizyjne takie jak MythBusters nie raz podejmowały próby rozwiania tych wątpliwości, które są kolejnym dowodem na to, jak słabo część amerykańskiego społeczeństwa ufa swojemu rządowi i wszelkiego rodzaju instytucjom.[31]

9/11

911Czy rząd może popełnić większą zbrodnię niż świadome i celowe narażenie, a nawet pozbawienie życia tysięcy obywateli innego, ale przede wszystkim własnego kraju? Prawdopodobnie nie, jednak istotną kwestią jest rozpoznanie tych momentów, kiedy rządzący zwracając się przeciw obywatelom dla tzw. dobra ogółu, a kiedy dla osiągnięcia własnych, prywatnych celów. Takiej sytuacji dopatrzyło się jedenaście procent obywateli.[32]

Zamachy z jedenastego września to nie tylko początek walki z terroryzmem, ale początek narodzin kolejnych teorii, które ze wszystkich wcześniejszych najbardziej uderzają w rząd, łącznie z prezydentem. Wśród teorii pojawią się między innymi takie, że w zamachu nie zginął żaden Żyd (w związku z  czym oczywiste jest, że doskonale wiedzieli o planowanym zamachu, a może nawet sami go zorganizowali) – w rzeczywistości zginęło ich od 270 do 400[33]; że rząd doskonale zdawał sobie sprawę z planowanych ataków i nie zrobił nic, aby ochronić swoich obywateli.

11 września wywarł ogromne piętno na Amerykanach, burząc m.in. ich wiarę w to, że są najmocniejszym narodem świata. Nie dość, że uderzono w Nowy Jork – centrum kultury Stanów, najważniejszą wizytówkę tego kraju, to jeszcze terroryści zaatakowali Pentagon – siedzibę Departamentu Obrony, pokazując tym samym, że instytucja, która jest zobowiązana chronić obywateli swojego kraju, sama może stać się łatwym celem napastników. Inną kwestią, która musiała się przy tej okazji pojawić, są wątpliwości dotyczącego tego, czy Pentagon został aby na pewno zaatakowany przez terrorystów i w ogóle czy uderzył w niego samolot (Flight 77). Teorie spiskowe głoszą, że w Pentagon nie uderzył samolot, a pocisk, który został wysłany przez rząd. Jim Hoffman, twórca strony www.911review.com , powołuje się w swoim tekście[34] na CJCSI 3610.01 (Chairman of the Joint Chiefs of Staff Instruction)[35] oraz na DoDD 2025.15 (Department of Defense Directives), z których wynika, że aby móc strącić uprowadzony samolot (w przypadku śmiertelnego zagrożenia) trzeba mieć zgodę Sekretarza Obrony ( w tamtym czasie Donalda Rumsfelda, który siłą rzeczą stał się jednym z kluczowych elementów tej teorii), co automatycznie opóźnia czas reakcji. Organizacja  Judical Watch[36] powołując się na Freedom of Information Act, zażądała ujawnienia nagrań przedstawiających moment uderzenia samolotu w budynek; jako pierwsze ujawnione zostało nagranie z kamer ochrony Pentagonu[37]. Oprócz tego na ujawnienie czekały nagrania z hotelu Sheraton oraz stacji benzynowej Nexcomm/Citgo.

Od momentu zamachu pojawiło się wiele ugrupowań, które nie wierzyły ani w niewinność rządu, ani w to, że wszystkie istotne informacje zostały przez nich ujawnione. Pojawił się m.in. 9/11 Truth movement oraz mnóstwo konspiracyjnych stron internetowych pokroju wyżej wspomnianej 911review czy www.patriotsquestion911.com

Pytania stawiane sprawie sprzed prawie dwunastu lat, która zmieniła patrzenie Amerykanów na siebie samych oraz, która stała się symbolicznym początkiem walki z terroryzmem, wciąż się pojawiają. Ludzie wciąż szukają odpowiedzi, w kwestiach, które teoretycznie zostały już rozwiązane.

America is a vast conspiracy to make you happy.[38]

Może za każdą konspiracyjną teorią stoi sztab ludzi, którzy kreują ją w celu zaspokojenia potrzeby tajemnicy u Amerykanów. W takiej sytuacji każdy powód, żeby winić za wszystko rząd, jest dobry. Kiedy bowiem istnieje możliwość obarczenia całą odpowiedzialnością polityków, to trzeba z niej skorzystać. I jak się okazuje, tak się dzieje w większości przypadków. Czy wynika to z mało satysfakcjonujących wyników działań organizacji państwowych, czy może najzwyczajniej w świecie Amerykanie naprawdę wierzą w konspiracje? To temat badań dla kolejnych pokoleń socjologów, a nam pozostaje zastanowić się, czy sami aby na pewno nie wierzymy w żadną spiskową teorię…? Na przykład taką, że Elvis nie umarł. Ale w sumie to nie teoria, tylko szczera prawda – przecież Król jest wiecznie żywy.

Autor: Paulina Szadkowska

Bibliografia

  • Jerzy Domański, Zagadka epoki
  • Peter Knight, Conspiracy Theories in American History: An Encyclopedia
  • Robert Anton Wilson, Cosmic Trigger I: The Final Secret of The Illuminati
  • Trevor W. McKeown, A Bavarian Illuminati Primer ( http://www.webcitation.org/5w47O6KyR )
  • Augustin Barruel, Abrégés des mémoires pour servir à l’histoire du jacobinisme
  • Thomas Jefferson, list (  http://freemasonry.bcy.ca/anti-masonry/jefferson.html )
  • David Woods, How Apollo Flew to the Moon
  • Jim Hoffman, The ‚Stand – Down Order’,
  • Dan Brown, The Lost Symbol

 

Strony internetowe

Przypisy:


[3]   Z Archiwum X: Pokonać przyszłość

[4]   Jerzy Domański, Zagadka epoki, s. 5

[6]   Ralph Blumenthal, Alien Nation: Have Humans Been Abducted by Extraterrestrials?, http://www.vanityfair.com/culture/2013/05/americans-alien-abduction-science

[7]   Ralph Blumenthal, Alien Nation: Have Humans Been Abducted by Extraterrestrials?, http://www.vanityfair.com/culture/2013/05/americans-alien-abduction-science

[8]   Peter Knight, Conspiracy Theories in American History: An Encyclopedia, s. 75

[10] Informacja ta nie została potwierdzona; Masonem może zostać wyznawca praktycznie każdej religii – każda loża ma jednak swoje własne reguły – od przyjmowania jedynie wyznawców religii monoteistycznych, po przyjmowanie jedynie mężczyzn. Dlatego wydaje się być mało prawdopodobne, żeby organizacja była niejako następcą Zakonu Templariuszy

[11] Masonic Medical Research Laboratory ( http://www.mmrl.edu/ )

[12] Masonic Service Association ( http://www.msana.com/ )

[13] Z Archiwum X, The Truth is Out There

[14] Robert Anton Wilson, Cosmic Trigger I: The Final Secret of The Illuminati

[15] Opinia Thomasa Jeffersona z listu do biskupa Jamesa Madison, 31 stycznie 1800 ( http://freemasonry.bcy.ca/anti-masonry/jefferson.html )

[16] Augustin Barruel, Abrégés des mémoires pour servir à l’histoire du jacobinisme, s. 235

[17] Trevor W. McKeown, A Bavarian Illuminati Primer ( http://www.webcitation.org/5w47O6KyR )

[18] Trevor W. McKeown, A Bavarian Illuminati Primer ( http://www.webcitation.org/5w47O6KyR )

[20] Bohater Pierre Bezukhov, Mason, zostaje oskarżony o promowanie idei Iluminatów

[23] Dan Brown, The Lost Symbol

[26] Peter Knight, Conspiracy Theories in American History: An Encyclopedia, s. 75

[28] David Woods, How Apollo Flew to the Moon, s. 206-207

[30] Jakkolwiek zabawnie może brzmieć nazywanie niewielkich podskoków „ryzykownymi”, tak należy pamiętać, że to był pierwszy raz, kiedy człowiek był na Księżycu – rozdarcie się skafandra w przypadku podejmowania tego typu manewrów, mogło być katastrofalne w skutkach

[34] Jim Hoffman, The ‚Stand – Down Order’, http://911review.com/means/standdown.html

[38] John Updike

Kino w Ameryce Łacińskiej narodziło się i rozwijało w okolicznościach dzikich i nieposkromionych. Na jego drodze stała niezliczona ilość pułapek i przeciwności, nie raz było już na skraju, by wydać swoje ostatnie tchnienie. Sama jego historia mogłaby być świetnym materiałem na powieść. Pełna zwrotów akcji, o tendencjach sinusoidalnych – raz w górę, raz w dół – jest ona ciekawa do badania i wzbudza emocje, porównywalne z jej filmowymi owocami. Kino latynoamerykańskie jest odbiciem pragnień, marzeń, radości i goryczy mieszkańców Ameryki Południowej. W tej dziedzinie widać wyraźne wpływy polityki, ekonomii i sztuki, związane mocno w spójną całość. Trochę inaczej rzecz ma się z telenowelą. Powstała ona na gruncie latynoamerykańskim, który jest jej niekwestionowanym królestwem i ojczyzną. Każdy jednak, kto widział przynajmniej jeden odcinek telenoweli, na pewno zauważył, że raczej wykorzystuje ona do granic możliwości wszelakie hiperbole i upiększenia, niż jest wiernym odbiciem ludzkiego życia.

O epickich początkach słów kilka

Kino pojawiło się w Ameryce Łacińskiej w połowie 1896r. „Ruchome obrazy” szybko stały się fenomenem w metropoliach, a Latynosi zapragnęli sami brać udział w tym niezwykłym akcie twórczym i kręcić filmy. Zaczęło się od produkcji krótkometrażowych, które pokazywały krajobrazy i scenki rodzajowe, a także dokumentowały zachodzące zmiany społeczne. Niestety, jedynie Brazylia, Argentyna i Meksyk były państwami o odpowiednim potencjale finansowym, który pozwolił na rozrost przemysłu filmowego. Na początku najbardziej prężnie rozwijała się pod tym względem Argentyna, w której filmy znalazły uznanie szerokiego grona odbiorców i stały się trwałym aspektem życia kulturalnego tego kraju. W owym momencie przed kinem rodzimym pojawiły się jednak pierwsze problemy – produkcję zdominowali zagraniczni twórcy. Początkowo sprowadzane były filmy głównie z Francji i Włoch, jednak już po I wojnie światowej nastąpiła w Argentynie spodziewana eksplozja produkcji z USA (stanowiły one 95% wszystkich filmów wyświetlanych na ekranach kin południowoamerykańskich)[1]. Twórcą tamtego okresu, niezaprzeczalnie wartym przywołania, jest Argentyńczyk José Augustín ‘El Negro’ Ferreyra i jego obrazy arrabales, czyli „szemranych przedmieść Buenos Aires, pobrzmiewających rytmami tanga i żargonem lunfardo[2].

W Meksyku było nieco inaczej, a wszystko za sprawą rewolucji meksykańskiej, która wybuchła w 1910r. Oddziałom Madero i Zapaty towarzyszyli ludzie, którzy dokumentowali pochóhttps://homoamericanus.wordpress.com/wp-admin/post-new.phpd powstańców do stolicy. Stworzone przez nich relacje z pola walki, zwane noticiarios, przyczyniły się do rozkwitu sztuki filmowej na tamtym terenie. Później czasy te zostały określone jako „złoty okres” kina meksykańskiego. Po „uspokojeniu rewolucyjnego fermentu”[3] nastąpiło odejście od filmów dokumentalnych na rzecz innych gatunków.

Największy problem z rozwojem kinematografii miała Brazylia, której początkowo daleko było do poziomu, prezentowanego w tej dziedzinie przez Argentynę i Meksyk. Próbowała wytrwale osiągnąć to, co im się powiodło, jednak dopóki nie upowszechniono dostępu do energii elektrycznej, niewiele jej to dawało. Natomiast gdy ten etap zakończył się sukcesem, Brazylia zaskoczyła zwrotem w stronę kina fabularnego. Jej krótka bela época zakończona została przez ekspansję filmów północnoamerykańskich, tak jak stało się to w przypadku Argentyny. Pozostałe państwa Ameryki Łacińskiej nie miały odpowiednich warunków ekonomicznych, które pozwoliłyby na wygospodarowanie niezbędnych środków finansowych  na rozwój kinematografii. Produkcja filmowa była tam prowadzona na bardzo małą skalę i z perspektywy całego kontynentu nie wnosiła w zasadzie nic.[4]

Przełomem dla filmowców stało się nadejście epoki dźwiękowej – filmy anglojęzyczne nie były już witane z otwartymi rękami ze względu na barierę językową. Twórcy południowoamerykańscy sprytnie wykorzystali uchylone drzwi, mimo zwiększenia nakładów produkcyjnych, z którymi wiązało się udźwiękowienie filmu. W Argentynie ogromnym sukcesem cieszyły się filmy z Carlosem Gardelem, który stał się legendą kina i tanga, natomiast tanguera (tango-operetka) zdominowała kino argentyńskie. Jeszcze większy sukces, dzięki czerpaniu z lokalnej muzyki, odniosło kino meksykańskie. Ekrany Meksyku i całej Ameryki Łacińskiej opanowała comedia ranchera (która przebiła sukces argentyńskiej tanguery).W filmach przywoływano postaci meksykańskich kowbojów, ciężki los latynoskich kobiet, a także powstały liczne komedie. Tematyka była bliska widzom, a wszystko razem sprawiło, że Meksyk w dziedzinie kinematografii zaczął królować w regionie. Jedynie Brazylia znów została w tyle, a rewolucja dźwiękowa okazała się dla niej zabójcza. Zaczęto kręcić filmy nazywane chanchada, czyli rodzaj komedii, zawierające przeważnie elementy muzyczne. Publiczność tak umiłowała sobie te oparte na codziennym życiu naiwne historie, że utrudniała sukces bardziej ambitnych gatunków – po prostu jej one nie interesowały[5].

szkic1
Jorge Negrete – gwiazda kina meksykańskiego, gł. comedia ranchera, aktor i piosenkarz.
Autor rysunku: Debora Kozioł

Cinema Nôvo – o wielkim przełomie w kinematografii

W połowie lat 50., nowe pokolenie filmowców latynoamerykańskich dokonało rewolucji. I to nie byle jakiej rewolucji, a konsekwentnego zerwania z przeszłością kina, która, ich zdaniem, nacechowana była niedoskonałościami, płytkością i brakiem realnego artystycznego przekazu. Postulowali o spojrzenie w głąb swoich krajów i tworzenie filmów na podstawie prawdziwego życia Ameryki Łacińskiej. Dotychczas kino latynoamerykańskie czerpało pełnymi garściami z dorobku USA, przyzwyczajone, że taka właśnie forma rozrywki jest bliska potencjalnym odbiorcom i dobrze się sprzedaje. Jednak w tamtym czasie następowało nasilenie się rzetelnej publicystyki, a także rozwój środowisk uniwersyteckich. Zachęceni zwycięstwem rewolucji kubańskiej oraz rządami ówczesnych prezydentów, mieszkańcy Ameryki Łacińskiej chcieli zmian. Młodzi filmowcy dążyli do wspólnego celu: „nowego kina latynoamerykańskiego, łączącego narody w walce o emancypację, przeciw hegemonii obcej kultury oraz polityczno-ekonomicznej dominacji”[6]. Entuzjaści kinematografii wyszli na ulice, by znaleźć nowe tematy i kręcić filmy „z ideą w głowie i kamerą w ręku”[7]. Kamera była porównywana do „karabinu, strzelającego z prędkością 24 klatek na sekundę”[8].

Po raz pierwszy w historii kina latynoamerykańskiego zniknęło zjawisko monopolu trzech większych państw – Meksyku, Brazylii i Argentyny. Obok nich znaczącą rolę zaczęło także pełnić Chile, Kuba, Boliwia oraz Peru. Filmowcy zaczęli poruszać tematy bliskie – te  piękne i te bolesne, zaczęli tworzyć nową sztukę. Trend ten widoczny jest do dzisiaj podczas oglądania produkcji z tamtych regionów. Dzisiejszego widza nie powinna już szokować przemoc na ekranie, bowiem jest nią zewsząd otoczony. Jednak kiedy ogląda się filmy meksykańskie, a w nich ubóstwo, biedę, przemoc – w środku jakoś tak metaforycznie „boli”. W podświadomości przeczuwa się, że tam tak rzeczywiście jest. Ta niesamowita autentyczność i siła przekazu sprawiają, że obecnie kino latynoamerykańskie ma dość szerokie grono zagorzałych zwolenników.

Bajka w odcinkach, czyli trochę na temat telenoweli

„Pochylając się nad tym gatunkiem, nie można pomijać jego latynoskich korzeni, ponadprzeciętnej popularności w tamtejszym kręgu kulturowym i szczególnie ścisłych związków, jakie ma z rzeczywistością społeczną Ameryki Łacińskiej”[9].

Definiując telenowelę, można powiedzieć, że jest to „sentymentalny, romantyczny, melodramatyczny film albo serial telewizyjny z życia wyższych sfer”[10]. Jest ona w swoim założeniu skierowana przede wszystkim do kobiet, jako niskobudżetowa rozrywka. Opowiada głównie o niesamowitej miłości dwojga bohaterów, którzy muszą pokonać wiele przeciwności, by w końcu być ze sobą. Zawsze zmierza do finału, który zazwyczaj da się przewidzieć. Postaci w telenoweli są wyraźnie zarysowane, możemy z łatwością wyróżnić bohaterów pozytywnych i negatywnych. Ponieważ społeczeństwo Ameryki Łacińskiej w ogromnej części wyznaje katolicyzm, w telenowelach zazwyczaj przeplatają się wątki związane z kościołem, modlitwą i wiarą. Telenowela zazwyczaj ukazuje postaci biedne i skromne jako te dobre, które za sprawą swojego cudownego (a na końcu spełnionego) uczucia zostają paniami domu u boku zamożnego męża. Dzięki takiej konstrukcji, ten typ serialu cieszy się popularnością na całym świecie i jest chętnie oglądany przez wszystkie panie, które marzą o miłości jak z bajki, zawsze z happy endem.

Epoka rozkwitu klasycznej telenovela rosa to lata 70. i 80., natomiast na skalę światową, w tym także do Polski, dotarła ona w latach 90. (Prawdopodobnie każdy z nas pamięta, że  któregoś wieczoru oglądał razem ze swoją babcią telenowelę, popijając przy tym herbatę ze szklanek). Wydaje się, że schemat każdej z nich jest identyczny, jednak zagłębiając się w świat łzawych dramatów, można się dowiedzieć, że niekoniecznie. Te meksykańskie, określane właśnie jako łzawe, noszą hiszpańską nazwę lloronas. Wenezuelskie – rozkrzyczane – to gritonas. Telenowela brazylijska może się kojarzyć jedynie z Niewolnicą Isaurą, ale to właśnie Brazylia zaczęła odchodzić od klasycznego schematu i zaczęła poruszać bardziej aktualne problemy[11].

Co z tą Ameryką Łacińską?

To pytanie możemy sobie zadawać i dziwić się, jak te same kraje produkują jednocześnie bardzo dobre filmy o dużych walorach artystycznych i naiwne, czasem zabawne telenowele. Odpowiedź jest bardzo prosta i daje się dostrzec jak na dłoni: społeczeństwo Ameryki Łacińskiej  jest niesamowicie zróżnicowane. Mieszkają tam ludzie niewykształceni, biedni, którzy marzą o pięknym życiu w wyższych sferach – dla takich właśnie idealna jest telenowela, bajeczna historia, pełna zwrotów akcji. Natomiast film jest obrazem ukazującym tych ludzi, nie dla nich, lecz o nich. Ma on na celu otworzyć oczy świata na prawdziwe oblicze tego regionu. Jest to znakomite połączenie kultury masowej i sztuki, i bardzo dobrze oddaje realia Ameryki Łacińskiej.

Autor: Sara Kozioł

 

Bibliografia:

  1. W. Kopaliński, Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych z almanachem, Świat Książki, Warszawa, 2000.
  2. M. Gawrycki  (red.), Dzieje kultury Latynoamerykańskiej, PWN, Warszawa, 2009.
  3. Essential Brazilian Films, http://mubi.com/lists/essential-brazilian-films [dostęp: 10.06.2013r.]
  4. Julianne Burton, The camera as “gun”: Two decades of culture and resistance in Latin America, http://www.jstor.org/discover/10.2307/2633339?uid=3738840&uid=2129&uid=2&uid=70&uid=4&sid=21102099609363 [dostęp: 11.06.2013r.]
Przypisy:


[1]. R. Flisiuk Rozdział XXXIII Film i telenowela latynoamerykańska [w:] M. Gawrycki  (red.), Dzieje kultury Latynoamerykańskiej, PWN, Warszawa, 2009, s. 421

[2]. por. ang. “Hands on a camera and an idea in the mind”, źródło: http://mubi.com/lists/essential-brazilian-films dostęp: 10.06.2013r.

[3]. por. ang. „The camera is a gun which shoots twenty four frames a second”, źródło: http://www.jstor.org/discover/10.2307/2633339?uid=3738840&uid=2129&uid=2&uid=70&uid=4&sid=21102099609363 dostęp: 11.06.2013r.

[4]. R. Flisiuk Rozdział XXXIII Film i telenowela latynoamerykańska [w:] M. Gawrycki  (red.), Dzieje kultury Latynoamerykańskiej, PWN, Warszawa, 2009, s. 428

[5] Termin: telenowela [w:] W. Kopaliński Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych z almanachem, Świat Książki, Warszawa, 2000, s. 498

[6]. R. Flisiuk Rozdział XXXIII Film i telenowela latynoamerykańska [w:] M. Gawrycki  (red.), Dzieje kultury Latynoamerykańskiej, PWN, Warszawa, 2009, s.430


[7] R. Flisiuk Rozdział XXXIII Film i telenowela latynoamerykańska [w:] M. Gawrycki  (red.), Dzieje kultury Latynoamerykańskiej, PWN, Warszawa, 2009, s. 418

[8]. tamże

[9]. tamże

[10]. R. Flisiuk Rozdział XXXIII Film i telenowela latynoamerykańska [w:] M. Gawrycki  (red.), Dzieje kultury Latynoamerykańskiej, PWN, Warszawa, 2009, s. 418-419

[11]. R. Flisiuk Rozdział XXXIII Film i telenowela latynoamerykańska [w:] M. Gawrycki  (red.), Dzieje kultury Latynoamerykańskiej, PWN, Warszawa, 2009, s. 419-420

Choć powszechnie znaną ojczyzną piłki nożnej jest Anglia, jej prapoczątków można doszukiwać się już w prekolumbijskiej Ameryce. Wiele starożytnych ludów, w tym Totonakowie, Toltekowie, Majowie czy Aztekowie, grało w juego de pelota – rytualną grę w piłkę, której autorstwo datowane na lata 1700-1600 r. p.n.e. przypisuje się Olmekom[1]. Po hiszpańskiej kolonizacji gra straciła swój rytualny charakter. W Meksyku zachowała się jednak do dziś w nieco zmienionych formach, gdzie nazywana jest różnie, w zależności od regionu – ulama w stanie Sinaloa, pelota, para pecha lub tarasca w stanach Michoacan i Guerrero oraz pelota mixteca w Oaxaca[2].

Zasady la peloty były inne od tych panujących we współczesnym futbolu. W rozgrywkach co prawda brały udział dwie drużyny, jednakże piłkę podawało się łokciami, biodrami i udami, a celem gry było przerzucenie piłki przez kamienną obręcz, zawieszoną pionowo wysoko na ścianie boiska (2-3 m). Zadanie to było to o tyle trudne, że piłka miała ok. 30-50 cm średnicy, a jej waga wahała się w graniach od 2 do 3 kilogramów (wymiary współczesnej piłki to 34-35 cm średnicy przy masie 410-450 gramów[3]). Graczy przed urazami chroniły drewniane bądź skórzane ochraniacze na biodra. Boisko (thachtli w języku nahuatl) składało się ze środkowej, dłuższej części i dwóch szerszych końców, co w rezultacie przypominało literę „I”[4]. Pomiędzy dwiema pionowymi lub lekko nachylonymi ścianami znajdowało się pole gry.[5]

Gra miała charakter rytualny, podobnie jak inne aspekty życia Azteków czy Majów. Boisko było miejscem świętym, portalem między światem ludzkim i boskim[6]. Juego
de pelota
stanowiła odzwierciedlenie kosmologii starożytnych ludów. Piłka symbolizowała słońce, a śmierć, jako najwyższy akt poświęcenia, była zwiastunem odrodzenia słońca oraz zwycięstwa nad siłami ciemności. Śmierć była dla ofiary wielkim zaszczytem. Wierzono, że w ten sposób człowiek oddawał się słońcu, co gwarantowało życie wieczne. Władca drużyny przegranej ścinał zatem głowę władcy drużyny wygranej[7].

Piłka nożna jako dyscyplina sportowa znana nam współcześnie ukształtowała się w Anglii. Jej początki sięgają średniowiecza, chociaż z powodu licznych wypadków, zranień czy nawet śmieci władze lokalne, a następnie specjalne edykty królewskie, zabraniały gry w piłkę w owym czasie. W XIV wieku gra otrzymała nazwę football. Pomimo zakazów, w piłkę nadal grano na ulicach, placach miejskich. W połowie XIX wieku zainaugurowano pierwsze rozgrywki, spisano zasady gry, a pod koniec XIX wieku powstały pierwsze kluby piłkarskie.

Mimo, że futbol narodził się w Europie, Latynoamerykanie traktują go znacznie poważniej niż Europejczycy. Dla większości mieszkańców Ameryki Łacińskiej jest to bowiem ta dziedzina sportu, która najlepiej wyraża latynoamerykański temperament. Według Iwony Gawryckiej dla oddania właściwego jej charakteru należy zatem użyć słowa „fenomen”, ponieważ piłka nożna w tym regionie świata to zjawisko wyjątkowe, niezwykłe i ściśle związane z lokalną historią polityczną, społeczną i kulturalną[8].

Piłka nożna została przywieziona do Ameryki Łacińskiej przez brytyjskich marynarzy, którzy w połowie XIX wieku przybijali do portów w Argentynie i Urugwaju. Zamiłowanie Brytyjczyków do futbolu miało zasadniczy wpływ na sposób spędzania wolnego czasu przez mieszkańców Ameryki Południowej, którzy coraz chętniej uprawiali sport. W angielskich szkołach futbol był przedmiotem obowiązkowym. Wraz z napływem imigrantów zaczęto tworzyć pierwsze kluby piłkarskie. W 1891 roku w Montevideo utworzony został Peñarol, a następnie w Buenos Aires – Boca Júniors. Piłka nożna to globalna dyscyplina sportu, ale nie wszędzie cieszy się taką samą popularnością. Obecnie futbolowi najbardziej oddane są Brazylia, Argentyna, Paragwaj, Urugwaj oraz Chile, chociaż można powiedzieć, że większość mieszkańców Ameryki Łacińskiej kocha piłkę.

Proces definiowania tożsamości narodowej mieszkańców krajów Ameryki Łacińskiej w związku ze skomplikowanymi dziejami regionu, był wyjątkowo trudny i niejednoznaczny. Trzon tożsamości latynoamerykańskiej został ukształtowany w dużej mierze przez kreoli i metysów, którzy ze względu na swe pochodzenie, nie potrafili stworzyć spójnych systemów identyfikacji, odmiennych dla każdego z formalnie odrębnych narodów. Pojawienie się futbolu, np. w Argentynie, stało się istotnym czynnikiem scalającym  naród. Podczas gdy zainteresowanie np. literaturą było niewielkie, wszyscy chętnie udawali się na stadiony, żeby kibicować swoim drużynom. Naród mógł się wyrazić za pośrednictwem reprezentacji narodowej. W Ameryce Południowej piłka nożna łączy zatem sport z tożsamością. „Uważana jest za jeden z najważniejszych elementów konstytuujących tożsamość poszczególnych narodów tego kontynentu. Jest łatwo identyfikowalnym elementem różnicującym południowoamerykańskie narody. Dla tych zbliżonych do siebie pod względem kulturowym grup, piłkarskie konfrontacje narodowe dają możliwość wyraźnego odróżnienia jednych od drugich.”[9]

Chociaż Latynoamerykanie przejęli angielskie zasady gry, stworzyli swoją własną technikę i styl. Różne cechy kulturowe obecne na dwóch kontynentach wpłynęły zarówno
na sposób gry, jak i na formy kibicowania. Piłka latynoamerykańska jest spontaniczna, żywiołowa i kładzie duży nacisk na indywidualizm zawodników, przejawem czego może być drybling, potocznie nazywany „kiwaniem”. Drybling jest to seria nagłych, nieoczekiwanych zmian ruchów ciała mająca na celu zmylenie i ominięcie przeciwnika, podczas gdy piłka cały czas znajduje się blisko energicznie poruszających się nóg piłkarza. Znany włoski piłkarz i trener, Pier Paolo Pasolini, miał po finałowym meczu Mistrzostw Świata w Meksyku w 1970 roku (Brazylia-Włochy) powiedzieć, że „można rozróżnić dwa typy futbolowej prozy i poezji. Drużyny europejskie prezentują na boisku prozę zawziętą, przemyślaną, systematyczną i kolektywną. Natomiast drużyny z Ameryki Łacińskiej uprawiają na boisku poezję prężną, spontaniczną, indywidualistyczną i erotyczną.”[10]

Piłka nożna w Ameryce Łacińskiej odgrywa rolę nie tylko rozrywkową, ale także państwotwórczą. Politycy latynoamerykańscy zauważyli, że triumfy piłkarskie mogą odwrócić uwagę kibiców od biedy, bezrobocia czy problemów klasowo-rasowych. Postanowili więc to wykorzystać. Na ważnych meczach zaczęły pojawiać się głowy państw, zaczęto organizować turnieje i fundować nagrody. Podczas obchodów 50-lecia zdobycia po raz pierwszy tytułu Mistrza Świata przez Brazylię, prezydent powiedział: „Pomogliście nam zrozumieć, że możemy uczynić z Brazylii zwycięzcę. W latach 50. Brazylia była słabo znana za granicą, wielu sądziło, że Buenos Aires to nasza stolica. Po mistrzostwach wszystko się zmieniło. Zyskaliśmy międzynarodowy szacunek.”[11] Jako że zwykli obywatele nie mieli zazwyczaj szans na awans społeczny, swoją karierę wiązali z występami w pierwszoligowych klubach. Dlatego też najlepsi piłkarze świata, tacy jak Garrincha, Pele czy Maradona, stawali się bohaterami narodowymi.

Najlepsi piłkarze w Ameryce Łacińskiej są podnoszeni do rangi bogów. Jednym z przykładów jest Diego Armando Maradona. Ogłoszony przez FIFĘ najlepszym zawodnikiem XX wieku, zapisał się na kartach historii futbolu swoją „boską ręką”. W meczu ćwierćfinałowym Mistrzostw Świata w 1986 roku w Meksyku pomiędzy Argentyną a Anglią Maradona strzelił bramkę ręką, tłumacząc na późniejszej konferencji prasowej, że była to „ręka Boga”. Turecki arbiter prowadzący spotkanie nie zauważył przewinienia piłkarza i uznał gola, pozbawiając Anglię szans na przejście do półfinału. Wyniki plebiscytu Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej uznające Maradonę za najlepszego piłkarza stulecia zbiegły się w czasie z powstaniem w argentyńskim Rosario „Kościoła Maradony” – Iglesia Maradoniana, będącego swoistym fan klubem o konotacjach „religijnych”. Według wyznawców tej „piłkarskiej religii” czas liczy się dopiero od 1960 roku – tj. roku urodzenia „Boskiego Diego”. Boże Narodzenie „Diegorianie” obchodzą 30 października, kiedy to  zbierają się w kaplicy „Ręki Boga”. Za jedną ze swych „powinności” uznają m.in. nadawanie własnym dzieciom imienia piłkarza. Ich „Biblia” to właśnie „Yo soy El Diego de la gente” („Jestem Diegiem ludzi”) – autobiografia piłkarza. „Według wyznawców tej religii „El Diego” został zesłany na Ziemię przez samego Boga, a złoto zdobyte na Mundialu w Meksyku jest tylko jednym z dowodów na święte pochodzenie napastnika. Każdy, kto chce zostać wyznawcą tej religii, musi przejść specjalny chrzest. Osoba poddawana temu rytuałowi przyjmuje odpowiednią pozycję i odbija piłkę głową i ręką, tak samo jak ich idol zrobił to w 1986 roku.”[12] Do najbardziej znanych wyznawców „maradonizmu” zaliczają się brazylijski piłkarz Ronaldinho i gwiazda argentyńskiego futbolu Leo Messi[13]. Według różnych źródeł (The Argentina Independent[14], „Wprost”[15]) liczba „wyznawców” tego „pseudo kościoła” waha się między 40 a 120 tysiącami w 84 krajach.

Z nie mniej fanatycznymi miłośnikami futbolu mamy do czynienia podczas meczów, które często są jedynie dodatkiem do spektaklu, jaki rozgrywa się na trybunach. Kibice wymachują flagami, biją w bębny, śpiewają, rzucają konfetti i ryżem, malują twarze, zakładają na siebie barwy zespołu. Miłośnicy futbolu występują w roli dodatkowego zawodnika na boisku. Niestety nie zawsze przychodzą na mecz tylko po to, żeby wspierać swoją drużynę i szerzyć entuzjazm wśród innych widzów. Kibice często dążą do konfrontacji ze swoimi przeciwnikami. Zdarzają się przypadki napaści na arbitrów  po zakończeniu meczu, którego wynik nie satysfakcjonuje jednej z drużyn. „W 1957 roku, podczas rozgrywanych w Limie mistrzostw Ameryki Południowej, brytyjski sędzia przyznał Brytyjczykom karnego w meczu przeciwko gospodarzom. Natychmiast został zaatakowany przez miejscowych piłkarzy. Mecz przerwano, a sędziego ewakuowano z miasta.”[16]

Futbol latynoamerykański to coś więcej niż tylko gra. Można nazwać go zjawiskiem społecznym. Piłka nożna w Ameryce Łacińskiej cieszy się ogromnym uwielbieniem między innymi dlatego, że wzmacnia poczucie „argentyńskości” czy „brazylijskości”, a także jest wyrazem tożsamości latynoamerykańskiej w ogóle.[17] João Saldanha, trener brazylijskiej drużyny podczas Mistrzostw Świata w 1970 roku powiedział, że futbol brazylijski jest najlepszy z czterech powodów. Po pierwsze – klimat sprzyja całorocznym treningom. Po drugie – piłkarskie talenty rodzą się z brazylijskiej biedoty. Po trzecie – zróżnicowany etnicznie skład ludności wpływa na kondycję fizyczną zawodników, którzy mają „podwyższoną wydolność mięśniową”. I po czwarte – futbol skupia na sobie uwagę większości społeczeństwa, dlatego nie może się z nim równać żadna inna dyscyplina sportowa.[18] 30 października 2007 roku Komitet Wykonawczy FIFY wyznaczył Brazylię na organizatora Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w 2014 roku[19]. Mundial wróci do Brazylii po 64 latach.

Futbol latynoamerykański łączy się z wieloma aspektami zarówno życia codziennego, jak i politycznego. Podobnie jak inne gry uniwersalne, stanowi wspólną płaszczyznę porozumiewawczą dla obywateli poszczególnych narodów. Co więcej, sport ten odegrał w Ameryce Łacińskiej niebagatelną rolę w procesie identyfikacji i tworzenia świadomych społeczeństw Brazylii czy Argentyny. Dzięki swojej odrębności od futbolu europejskiego, latynoamerykańska piłka nożna stworzyła zaś poczucie samej „latynoamerykańskości”.

Autor: Karolina Kłys

Bibliografia:

Fédération Internationale de  Football Association, Laws of the Game 2012/2013, [dok. elektr.] http://www.fifa.com/mm/document/footballdevelopment/refereeing/81/42/36/lawsofthegame_2012_e.pdf

Fédération Internationale de  Football Association, Regulations. 2014 FIFA World Cup Brazil, [dok. elektr.] http://www.fifa.com/mm/document/tournament/competition/01/47/38/17/regulationsfwcbrazil2014_en.pdf

Gawrycka I., Fenomen futbolu latynoamerykańskiego [w:] Gawrycki M. [red.] Dzieje kultury latynoamerykańskiej, Warszawa 2009

Howland-Jackson R., La Iglesia Maradoniana – Argentina’s real religion?, [dok. elektr.] http://www.argentinaindependent.com/life-style/undergroundba/la-iglesia-maradoniana-argentinas-real-religion/

Juego de pelota – rytualna gra w piłkę, [dok. elektr.] http://archeologia-ameryki.blogx.pl/2008/10/30/juego-de-pelotarytualna-gra-w-pilke/

Kościół Maradony, [dok. elektr.] http://www.wprost.pl/ar/145472/Kosciol-Maradony/

Manson T., Pasja milionów. Piłka nożna w Ameryce Łacińskiej, Gdańsk 2002

The Mesoamerican Ballgame – Ulama, [dok. elektr.] http://www.ulama.freehomepage.com/

Prabucki B., Gry sportowe jako element wzmacniający współczesne tożsamości etniczne [w:] Homo ludens, Poznań 2012

Religią w Ameryce Południowej jest… futbol, [dok. elektr.] http://sport.tvp.pl/4721574/pilka-nozna/aktualnosci/religia-w-ameryce-pld-jest-futbol

Zaklinanie deszczu piłką – o futbolu historycznie, [dok. elektr.] http://niemcy.salon24.pl/431018,zaklinanie-deszczu-pilka-o-futbolu-historycznie

 

Przypisy:


[1] Juego de pelota – rytualna gra w piłkę, [dok. elektr.] http://archeologia-ameryki.blogx.pl/2008/10/30/juego-de-pelotarytualna-gra-w-pilke/ [odczyt: 10.04.13].

[2] The Mesoamerican Ballgame – Ulama, [dok. elektr.] http://www.ulama.freehomepage.com/whats_new.html [odczyt: 6.05.13].

[3] Fédération Internationale de Football Association, Laws of the Game 2012/2013, [dok. elektr.] http://www.fifa.com/mm/document/footballdevelopment/refereeing/81/42/36/lawsofthegame_2012_e.pdf, s. 15, [odczyt: 10.04.13].

[4] The Mesoamerican Ballgame – Ulama, [dok. elektr.] http://www.ulama.freehomepage.com/about.html [odczyt: 6.05.13].

[5]Zgodnie z wymaganiami FIFY – Fédération Internationale de  Football Association (Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej), współcześnie boisko do gry w piłkę nożną ma kształt prostokątny o wymiarach od 45 m do 90 m szerokości i od 90 m do 120 m długości, przy jednoczesnym zastrzeżeniu, że boisko nie może być kwadratem. Ponadto od marca 2008 roku FIFA ustanowiła wymiary boisk 105×68 dla rozgrywek międzynarodowych

Fédération Internationale de Football Association, Laws of the Game 2012/2013, [dok. elektr.] http://www.fifa.com/mm/document/footballdevelopment/refereeing/81/42/36/lawsofthegame_2012_e.pdf, s. 7, [odczyt: 10.04.13].

[6] The Mesoamerican Ballgame – Ulama, [dok. elektr.] http://www.ulama.freehomepage.com/whats_new.html [odczyt: 6.05.13].

[7] Juego de pelota – rytualna gra w piłkę, [dok. elektr.] http://archeologia-ameryki.blogx.pl/2008/10/30/juego-de-pelotarytualna-gra-w-pilke/ [odczyt: 10.04.13].

[8] Gawrycka I., Fenomen futbolu latynoamerykańskiego [w:] Gawrycki M. [red.] Dzieje kultury latynoamerykańskiej, Warszawa 2009, s. 448.

[9] Prabucki B., Gry sportowe jako element wzmacniający współczesne tożsamości etniczne [w:] Homo ludens, Poznań 2012, s. 204.

[10] Zaklinanie deszczu piłką – o futbolu historycznie, [dok. elektr.] http://niemcy.salon24.pl/431018,zaklinanie-deszczu-pilka-o-futbolu-historycznie [odczyt: 10.04.2013].

[11] Gawrycka I., Fenomen futbolu latynoamerykańskiego [w:] Gawrycki M. [red.] Dzieje kultury latynoamerykańskiej, Warszawa 2009, s. 451-452.

[12] Religią w Ameryce Południowej jest… futbol, [dok. elektr.] http://sport.tvp.pl/4721574/pilka-nozna/aktualnosci/religia-w-ameryce-pld-jest-futbol [odczyt: 10.03.2013].

[13] Kościół Maradony, [dok. elektr.] http://www.wprost.pl/ar/145472/Kosciol-Maradony/ [odczyt: 23.05.2013].

[14] Howland-Jackson R., La Iglesia Maradoniana – Argentina’s real religion?, [dok. elektr.] http://www.argentinaindependent.com/life-style/undergroundba/la-iglesia-maradoniana-argentinas-real-religion/ [odczyt: 23.05.2013].

[15] Kościół Maradony, [dok. elektr.] http://www.wprost.pl/ar/145472/Kosciol-Maradony/ [odczyt: 23.05.2013].

[16] Gawrycka I., Fenomen futbolu latynoamerykańskiego [w:] Gawrycki M. [red.] Dzieje kultury latynoamerykańskiej, Warszawa 2009, s. 456.

[17] Gawrycka I., Fenomen futbolu latynoamerykańskiego [w:] Gawrycki M. [red.] Dzieje kultury latynoamerykańskiej, Warszawa 2009, s. 457.

[18] Manson T., Pasja milionów. Piłka nożna w Ameryce Łacińskiej, Gdańsk 2002, s. 173.

[19] Fédération Internationale de Football Association, Regulations. 2014 FIFA World Cup Brazil, [dok. elektr.] http://www.fifa.com/mm/document/tournament/competition/01/47/38/17/regulationsfwcbrazil2014_en.pdf, s. 6, [odczyt: 23.05.13].

Według powszechnie panującego przekonania, sfera polityczna w  Stanach Zjednoczonych jest wolna od wpływów religijnych. Świadczyć może o tym chociażby brak oficjalnej religii państwowej, co ma oczywiste uzasadnienie w burzliwym okresie kolonizacji , która uniemożliwiła stworzenie jednorodnego religijnie społeczeństwa. Zanim jednak Stany Zjednoczone stały się miejscem otwartym dla wszystkich wyznań, wolność religijna była jedynie mitem przyciągającym nowych osadników. W  panującym wówczas protestantyzmie należy doszukiwać się czynników odpowiedzialnych za  obecny charakter światowego mocarstwa.

Historia

Jeden z pierwszorzędnych celów kolonistów w Ameryce Północnej stanowiło szerzenie ideologii anglikanizmu. Mocnym  argumentem  przemawiającym za intensyfikacją tego działania była chęć powstrzymania hiszpańskiego katolicyzmu na terenie kolonii. Rozprzestrzenienie a tym samym wzmocnienie pozycji Kościoła anglikańskiego były najefektywniejszymi ze sposobów na realizację tego celu. Szczególne znaczenie miał fakt iż katolicy stanowili mało popularną i najmniej szanowaną grupą wyznaniową na terenie Ameryki Północnej, co  zresztą ułatwiło znacznej liczbie innowierców funkcjonowanie na nowo odkrytym kontynencie. Za dobry przykład z pewnością posłużą  wyznawcy judaizmu, masowo osiedlający się w  tolerancyjnym Rhode Island.

Pojawienie się  144 „pierwszych” kolonistów (pamiętajmy o Jamestown)  w dniu 16 grudnia 1620 na terytorium  dzisiejszego Plymouth było momentem zakotwiczenia pionierskiego światopoglądu  w Nowym  Świecie. Purytanie (ukształtowani w duchu kalwinizmu), będąc niemile widzianymi w XVII wiecznej Anglii , ze względu na swe dążenia do oczyszczenia Kościoła anglikańskiego z resztek katolicyzmu, szukali nowych możliwości w Holandii. Nie odpowiadała im tam jednak zbyt swawolna jak na radykalizm wyznawanych przez nich zasad, atmosfera.

Wolność religijna była jednak zarezerwowana wyłącznie dla  nich. Kształtując nowe społeczeństwo, zgodnie z doktrynami protestanckimi, zapomnieli bowiem o bardzo ważnym aspekcie wyznawanej religii – wolności wyznania. Purytanie jako grupa wyznaniowa dominowali w ówczesnym Massachusetts, Connecticut, Maine, New Hampshire, Nowym Jorku oraz we wschodniej części Ohio, gdzie,  w konsekwencji jedynie purytańskie kościoły, były w pełni utrzymywane przez osadników. Naturalnie prawa polityczne przysługiwały wyłącznie ich członkom, a wszelkie przejawy sprzeciwu wobec nowej wizji życia były karane wygnaniem.

Mówiąc o regionie Nowej Anglii warto poruszyć kwestię jednego ze stanów znajdujących się w jego granicach, a mianowicie Stanu Rhode Island. Kolonia została założona w 1636 roku przez Rogera Williamsa, który po związaniu się z separatystami został wygnany  i paradoksalnie zdecydował się stworzyć miejsce prawdziwej wolności religijnej. Rhode Island stało się schronieniem  między innymi dla Żydów i Kwakrów. Drugą znaną postacią,  która zasłynęła z buntu wobec rozporządzeń  Johna Winthrop’a  oraz charakteru kolonii Massachusetts, była Anne Hutchinson. Oskarżona o herezję i postawiona przed sądem, mimo zręcznej obrony została skazana na wygnanie i właśnie w Rhode Island znalazła swój azyl.[1]                                                               

Niewolnicy przybywający do południowych kolonii zazwyczaj nie byli chrześcijanami, co dodatkowo wzmacniało ich podległą pozycję wobec kolonistów europejskich. Mniej więcej od XVII do XVIII wieku chrzest niewolników był uznawany za zbrodnię .Zezwolenie na przyjęcie wiary chrześcijańskiej przez niewolników oznaczałoby bowiem konieczność zmiany relacji z poddanymi, którzy stawaliby się braćmi w wierze. Dopiero w połowie XVIII wieku część niewolników rozpoczęła uczestnictwo
w Kościele anglikańskim. Stworzona specjalnie z myślą o niżej usytuowanej części wierzących, Biblia nakazywała bezwzględne posłuszeństwo, natomiast sami niewolnicy tworzyli hymny na cześć upragnionej wolności. Po pewnym czasie religia czarnoskórych niewolników zaczęła obfitować w rozmaite praktyki zaczerpnięte z afrykańskich wierzeń. Mimo, że niewolnicy rzadko przyłączali się do baptystów i metodystów, niejednokrotnie czerpali również z ich założeń.

Pierwszymi Europejczykami, którzy osiedlili się w środkowych koloniach w XVII wieku byli Luteranie szwedzkiego i duńskiego pochodzenia.  William Penn, syn brytyjskiego dowódcy wojskowego otrzymał  w 1681 roku ziemie od króla Karola II jako spłatę długu wobec ojca. Pensylwania stała się schronieniem dla kwakrów, jako że sam założyciel był przedstawicielem tego ruchu.  Wkrótce do kolonii zaczęli napływać  również kalwiniści, Żydzi, katolicy  oraz luteranie niemieckiego pochodzenia. Katolicy i Żydzi nie cieszyli się jednak prawem głosu wyborczego. Również New Jersey zasłynęło ograniczeniami wobec innych wyznań. Mimo wszystko w ogólnej opinii środkowy obszar kolonii   zasłynął z dużej tolerancji, którą podkreślano głównie na tle Europy, gdzie wręcz  nie miała ona  prawa bytu, ze względu na samo przyzwyczajenie ludności do wojen religijnych i opartych o nie stratyfikacji społecznych. 

Mimo, że sfera wyznaniowa społeczeństwa kolonialnego kształtowana była pod wpływem różnorodnych religii, należy pamiętać ,że jej podstawowy trzon oparty jest o nurt kalwinizmu.Purytanie  odrzucili wprawdzie założenie o predestynacji ludzkiego losu, stanowiące jeden z zasadniczych dogmatów kalwinizmu, jednak przez cały czas bardziej lub mniej świadomie działali w duchu tejże religii. Pierwszym momentem uważanym za początek odejścia od czystego kalwinizmu było wydanie w 1622 roku regulacji w Nowej Anglii , która upoważniała do uczestnictwa w Kościele dzieci, osób które „doświadczyły łaski”. Głównym celem nowego prawa była próba zmiany statusu Kościoła pod względem członkostwa. Dotychczasowe ekskluzywne uczestnictwo doprowadziło bowiem do spadku liczby członków Kościoła, a tym samym osłabiło jego pozycję. Wprowadzona regulacja uderzała bezpośrednio  właśnie w dogmat predestynacji – purytanie rozwinęli główną zasadę kalwinizmu o założenie, iż każdy człowiek może być zbawiony,  natomiast uczynki mają stanowić drogę do raju a nie wyrok, jak to dotychczas postrzegano.  W ten sposób narodziło się nowe spojrzenie na ludzki los, bardziej tolerancyjne, a tym samym bardziej atrakcyjne dla potencjalnych członków  (tzw. herezja arminiańska) [2] Świeże spojrzenie na kwestie predestynacji przemawiało do ludzi żyjących w duchu rodzącego się kapitalizmu. Jeżeli założymy, iż człowiek nie jest z góry skazany na potępienie, ciężka praca i wyrzeczenia stają się odpowiedzią na pytanie „Jak żyć?”                                                                                              

Wprowadzenie reform w zakresie wyznawanej religii na terenie północnych kolonii nie oznaczało zaniku wpływów Kościoła anglikańskiego. W połowie XVIII wieku zarówno w Nowej Anglii, jak i  w Nowym Jorku, New Jersey oraz Pensylwanii  istniało kilkadziesiąt ośrodków anglikańskich, aktywnie wspieranych przez Koronę.  Chociaż Kościół anglikański cieszył się  tam statusem oficjalnego wyznania,  to ze względu na niewielką liczbę kleru, nie miał jednak wystarczającej siły przebicia.  Co więcej, brak wykształcenia oraz brak przyzwoitości u przybyłych duchownych, który znajdował ujście w beztroskich rozrywkach, jedynie potwierdzał prawdziwość zarzutów wysuwanych w owym czasie wobec duchowieństwa i jeszcze bardziej utwierdzał w przekonaniu, iż anglikanizm nie różni się w tym zakresie od katolicyzmu.

Purytański radykalizm odzwierciedlało wówczas istnienie licznych sekt mniejszościowych, w tym wspomnianych wcześniej kwakrów, baptystów ,prezbiterian, menonitów, luteran, braci morawskich, a także innych odłamów. Kwakrzy zajmując w późniejszym okresie również rejony  Maryland i Północnej Karoliny nie wykorzystywali swej liczności do poszukiwania nowych wyznawców, koncentrując swą działalność głównie wokół rozwijania interesów handlowych. Ich przeciwieństwo stanowili baptyści (Rhode Island, New Jersey, Pensylwania, Północna Karolina), którzy największy rozwój osiągnęli już w połowie XVIII wieku. Charakterystyczny dla owej sekty ascetyzm nie pozwalał jej członkom na akceptację stylu życia  dobrze sytuowanego ziemiaństwa, co rodziło liczne konflikty na terenie Wirginii.[3]  Prezbiterianie (Pensylwania) natomiast proklamowali centralizację kościołów, będąc skłonnymi uznać władcę jako głowę swojego Kościoła.

W 1649 roku ustanowiono Maryland Toleration Act, który zapewniał wolność wyznawania wiary katolickiej. Dokument uchodzi za pierwszą próbę zabezpieczenia wolności religijnej, mimo iż dotyczył jedynie religii katolickiej. Założycielem kolonii Maryland (1634) był katolik, George Calvert. Fakt ten nie miał jednak znaczenie w 1654 roku, kiedy miejscowe zgromadzenie ustawodawcze zakwestionowało prawo do wyznawania katolicyzmu. Przykład owego aktu wskazuje na to, iż postępująca tolerancja religijna w koloniach wynikała z  samego faktu istnieniu pluralizmu,  gdyż legislatywa w tym zakresie nie cieszyła się powodzeniem. Tym samym Kościół musiał  z czasem zadowolić się funkcjonowaniem poza sferą polityczną, co nie oznacza, że został całkowicie pozbawiony wpływu na pewne decyzje. Zachował go dzięki swojej zdolności do  nieustannego oddziaływania na nastroje społeczne.

Początkiem przełomu religijnego w koloniach było często porównywane do reformacji w Europie, tzw. Wielkie Przebudzenie.[4] Dotyczyło ono zasadniczych zmian, które dokonały się w duchowej i mentalnej sferze społeczeństwa amerykańskiego poprzedzając XVIII wieczną rewolucję centrum rozważań religijnych znalazł się wówczas postulat indywidualizmu, który stanowiąc wyzwanie dotychczasowym ,sztywnym założeniom teologicznym, uwiódł cały protestancki świat. Duże znaczenie w kształtowaniu tego zjawiska miała filozofia oświecenia, zwłaszcza deizm, który sprzeciwiał się poglądowi, jakoby Bóg ingerował w ludzkie życie, negocjując tym samym potrzebę istnienia instytucji kościelnej. Co istotniejsze, deizm podważył prawo chrześcijan do dominacji nad innowiercami.[5]

W okresie Wielkiego Przebudzenia na celowniku powszechnej krytyki znalazły się dekadencja i demoralizacji  widoczne w postawie ówczesnego kleru. Wzbudziły one w społeczeństwie chęć odnowy duchowej oraz odzyskania utraconych wartości. Pozycja duchowieństwa została także wyraźnie podważona przez ówczesną tendencję do tworzenia bardziej osobistej relacji z Bogiem, opartej o intymne więzi i głębokie indywidualne emocje.

Do znaczących i najbardziej charyzmatycznych  przedstawicieli ruchu odrodzenia należeli George Whitefield, Gilbert Tennent, James Davenport oraz Jonathan Edwards. Ten ostatni reprezentował nurt o najbardziej kalwinowskim charakterze, bazując na ludzkim strachu przed potępieniem. Wzbudzanie poczucia winy za grzechy poprzez przypisywanie takim zjawiskom jak epidemie lub problemy gospodarcze kary za niewłaściwe postępowanie, prowadziło w konsekwencji do podporządkowania wierzących. Wobec radykalizacji nieuniknionym stał się więc podział społeczeństwa na neokalwinistów oraz racjonalistów, chociaż siła owego podziału pozostaje kwestią sporną. Neokalwiniści  niewątpliwie mieli wielki wkład w rewolucję amerykańską, chociażby poprzez zdecydowaną krytykę korupcji angielskich urzędów, a także, o czym warto wspomnieć, przez ukazanie Korony w świetle wielkiego żywiołu demoralizacji i bezbożności.[7]

Drugi okres wielkiego przebudzenia miał miejsce na przełomie XVIII i XIX wieku. Pojawiły się wówczas takie ruchy jak millenaryzm ( który głosił zbliżający się koniec świata) i restoracjonizm. Ten drugi miał duże znaczenie dla Kościoła, gdyż nawoływał do powrotu na pierwotną ścieżkę religii. Największą korzyść w tamtym okresie odnieśli jednak baptyści oraz metodyści. Skutkiem rozwoju odnowy religijnej było również  powstanie między innymi sekty mormonów. Trzecia faza obfitowała w rozczarowanie millenaryzmem , dlatego też skupiono się na ruchach o charakterze misyjnym,  co zaowocowało powstaniem między innymi Armii Zbawienia.[8]

 Scharakteryzowany pokrótce proces odnowy, poza osłabieniem władzy kościelnej (pomimo  pojawienia się restoracjonizmu),  niekiedy również świeckiej, a także poza specyficzną legalizacją pluralizmu religijnego, dał początek tradycji moralistycznej, do dzisiaj obecnej w życiu amerykańskiego narodu, szczególnie w  dziedzinie polityki. To ciekawe zjawisko można było  w tamtym czasie  zaobserwować chociażby jako trend w sztuce. Bardzo dobry przykład dla zilustrowania tego zjawiska stanowią portrety George’a Washingtona autorstwa  takich twórców jak Gilberta Stuarta, czy też Davida Edwina.

POSTER_3B

George Washington (Lansdowne portrait) by Gilbert Stuart (1796), National Portrait Gallery

Światło skierowane na postać,  jako symbol bożej opatrzności, oratorski gest wskazujący w przyszłość oraz tęcza odwołująca się do biblijnego potopu miały za zadanie wyewoluowaćsymbol czystości.

10s_2bApotheosis of Washington by David Edwin (1800), National Portrait Gallery

Gloryfikacja pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych, hagiograficzne ujęcie tej postaci odzwierciedlało sposób postrzegania nowego bytu politycznego przez jej własnych twórców. Przyczyny  takiego spojrzenia na amerykański naród przez samych Amerykanów należy szukać w niepodważalnym fakcie jakim było stworzenie przez nich pierwszej republiki  na świecie, w którym jedynie monarchia była dotychczas synonimem potęgi i wpływów. Amerykanie złamali tą zasadę raz na zawsze.

Znaczenie oraz wpływ religii

Chcąc zapobiec charakterystycznym dla kontynentu europejskiego wojnom o podłożu religijnym, twórcy amerykańskiej konstytucji postanowili oddzielić sferę religijną od sfery czysto politycznej. Towarzyszyło temu jednoczesne przekonanie, że  nowe społeczeństwo powinno być budowane w oparciu o religijną moralność. Zatem mimo formalnego pozbawienia polityki jej wymiaru religijnego, sfera sacrum pozostaje fundamentem nie tylko dla życia osobistego obywateliUSA, ale także dla życia publicznego. Symbolika religijna przeniknęła na stałe do instytucji państwowych i do dziś jest widoczna, chociażby w słowach przysięgi  głowy państwa: „So help me God” (Tak mi dopomóż Bóg).

Aspekt religijny miał niewątpliwie kolosalne znaczenie dla szybkiego zasiedlenia kolonii.Atrakcyjności nowym terenom dodawała możliwość ucieczkiod zakłamania i przymusu stosowanego przez  kościół anglikański oraz szansa na całkowite oczyszczenie doktryny religijnej z wszelkich pozostałości katolicyzmu. Ludność żyjąca w przeświadczeniu o własnych wyraźnie ograniczonychwolnościach z pewnością była bardziej skora do podróży tam, gdzie świat wydawał się bardziejsprawiedliwy i odpowiedni dla praktykowania wyznawanej religii. W związku  tym wydaje się, że gdyby niepurytanie i kalwinowski duch pracy na własną korzyść (którą można było zaobserwować również wśród służby kontraktowej), powściągliwość i umiejętność podejmowania wyrzeczeń, jest wysoce prawdopodobne, że dzisiejsze Stany Zjednoczone, których decyzje mają wpływ na funkcjonowanie całego globu, zajmowałyby pozycję porównywalną do współczesnej pozycji krajówAmeryki Południowej. W końcu Jamestown nie różniło się od kolonii w drugiej części kontynentu pod względem motywów działania kolonizatorów. Eksploatacja ziemi oraz miejscowej ludności, bogacenie się ich kosztem oraz przywłaszczanie nowych terytoriów w celach handlowych były głównym i jedynym celem,  czego efekty cały świat obserwuje do dziś.

Podsumowując, warto spojrzeć na wymiar religijny amerykańskiego narodu jako na zasadniczy warunek stworzenia kapitalistycznego imperium. Należy mieć świadomość, że to religia ukształtowała tę  światową  potęgę i że do dnia dzisiejszego, mimo obecności różnorakich wierzeń, zarówno temperament świata polityki, jak i społeczna mentalność nieustannie przenika pierwiastek sacrum.

Autor: Aleksandra Łabuńska

Przypisy

1.      Michał J. Rozbicki: Narodziny narodu. Historia Stanów Zjednoczonych do 1861 roku Warszawa: Oficyna Wydawnicza Interim, 1991. str 141-143

2.        Michał J. Rozbicki: Narodziny narodu. Historia Stanów Zjednoczonych do 1861 roku Warszawa: Oficyna Wydawnicza Interim, 1991. str 202    

3.      Michał J. Rozbicki: Narodziny narodu. Historia Stanów Zjednoczonych do 1861 roku Warszawa: Oficyna Wydawnicza Interim, 1991. str 202-203

4.        Michał J. Rozbicki: Narodziny narodu. Historia Stanów Zjednoczonych do 1861 roku Warszawa: Oficyna Wydawnicza Interim, 1991. str 203-204

5.       George Brown Tindall, David E.Shi: America: A narrative history (Volume 1). New York: W.W. Norton & Company, Inc. str 477-478

6.      Michał J. Rozbicki: Narodziny narodu. Historia Stanów Zjednoczonych do 1861 roku. Warszawa: Oficyna Wydawnicza Interim, 1991. str 95

7.      Michał J. Rozbicki: Narodziny narodu. Historia Stanów Zjednoczonych do 1861 roku Warszawa: Oficyna Wydawnicza Interim, 1991. str 204

8.      George Brown Tindall, David E.Shi: America: A narrative history (Volume 1). New York: W.W. Norton & Company, Inc. str 132-137

Bibligrafia

1.       Michał J. Rozbicki: Narodziny narodu. Historia Stanów Zjednoczonych do 1861 roku. Warszawa: Oficyna Wydawnicza Interim, 1991.

2.       George Brown Tindall, David E.Shi: America: A narrative history (Volume 1). New York: W.W. Norton & Company, Inc.

Strony internetowe:

1.      http://www.theusaonline.com/people/religion.htm

2.      nobigotry.facinghistory.org/content/religion-colonial-america-trends-regulations-and-beliefs

3.      http://www.uncp.edu/home/canada/work/allam/16071783/religion.htm

4.      http://www.georgewashington.si.edu/portrait/non-flash.html

5.       http://www.georgewashington.si.edu/exhibition/text.html

Wolność słowa i demokracja – pojęcia nierozłączne niczym bliźniaki syjamskie. Wydawać by się mogło, że jedno nie może istnieć bez drugiego, ponieważ prawo do głośnego wyrażania własnych poglądów to fundament ustroju demokratycznego i tu pojawia się pytanie – dlaczego w takim razie w tak wielu krajach, których rządy deklarują się do bycia przedstawicielami ludzi, nikt nie chce owych ludzi słuchać? Spośród wielu przypadków łamania przez poszczególne państwa prawa człowieka do wolności słowa, wybrałam Meksyk, w którym usta obywateli zamykane są szczególnie brutalnie. Co jest  tej sytuacji najdziwniejsze? To, że ręce odpowiedzialne za te zbrodnie nie należą bynajmniej do przeciętnych rzezimieszków, a do przywódców kraju, wysokich urzędników oraz policjantów.

            Meksyk – kraj podziałów. Z jednej strony piękne, słoneczne państwo o bogatej kulturze, przyciągające turystów jak magnes, a z drugiej – skorumpowana mekka karteli narkotykowych, przemytników i zabójców[1]. Przemoc nie wzięła się rzecz jasna znikąd. Ponad 60% obywateli państwa żyje za mniej niż 3 dolary dziennie, a długotrwałe pogrążenie w biedzie i wysokie bezrobocie skłania (zwłaszcza młodych ludzi) do poszukiwania innych, „mniej legalnych” źródeł zarobku w tak zwanej szarej strefie[2] lub poprzez zaangażowanie się w działalność przestępczą. Co w tej sytuacji robią władze państwowe? Mimo ogłoszonej w 2006 roku przez ówczesnego prezydenta, Felipe Calderona wojny z kartelami narkotykowymi w celu m.in. ograniczenia przemocy, sytuacja uległa pogorszeniu[3]. Z pewnością nie pomógł też powrót w 2012 skostniałej i mającej autorytarne tradycje Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej, która po 12 latach przerwy po raz kolejny przejęła władzę. Partia ta (podobnie jak meksykańska policja) znana ze swych historycznych powiązań z organizacjami przestępczymi, współcześnie także oskarżana jest o utrzymywanie koneksji z przemytnikami, na których działalność przymyka się oko w zamian za szereg korzyści, choćby materialnych. Doskonale świadczy o tym chociażby fakt, że założycielem pierwszego, wielkiego i legendarnego kartelu narkotykowego Guadalajara Cartel był Miguel Ángel Félix Gallardo – były funkcjonariusz meksykańskiej policji federalnej[4].

            Co w tej beznadziejnej sytuacji może zrobić meksykańskie społeczeństwo? Czy mają poddać się fali przemocy, załamać ręce, emigrować? Otóż pewna część obywateli Meksyku postanowiła walczyć – walczyć za pomocą pióra, uświadamiając współobywatelom oraz (co być może ważniejsze) reszcie świata skalę i zasięg problemu, który dotyka ich państwo,  licząc na jakiś odzew z zewnątrz[5] lub fundamentalne zmiany od wewnątrz. Ich droga do prawdy okazała się wyboista, a kroczenie nią – śmiertelnie niebezpieczne.

Regina Martinez Perez była dziennikarką magazynu „El Proceso”, który znany jest z otwartego pisania o wszelkich przejawach przemocy w kraju. W swych artykułach dziennikarka ukazywała stopień skorumpowania rządu, próbowała rozszyfrować siatkę wzajemnych zależności między urzędnikami, politykami i policjantami a grupami przestępczymi działającymi w Meksyku. Jej krytyka często była dotkliwa, miała jednak na celu przeciwstawienie się wszelkim niesprawiedliwościom, łamaniu praw człowieka oraz zaniku autorytetów w kraju. Niestety jej poświęcenie doprowadziło  do najgorszego. 28 kwietnia 2012 roku Martinez została znaleziona martwa w swoim domu w Xalapie, stolicy najniebezpieczniejszego dla dziennikarzy stanu w Meksyku – Veracruz. Rząd natychmiast wskazał winnego, a za przyczynę morderstwa uznał zwyczajny napad w celach rabunkowych, posługując się argumentem, że z mieszkania kobiety zniknął aparat i telefon komórkowy. Co ciekawe, wskazany przez władze winny od razu przyznał się do zamordowania dziennikarki, po czym parę dni później oświadczył, że podczas przesłuchania był torturowany, a wyznanie jego było wymuszone. Rząd odmówił przeprowadzania kolejnych dochodzeń, a podejrzany, Jorge Antonio Hernández Silva, skazany został na 38 lat i 60 dni więzienia. Nagłośniona sprawa zabójstwa Martinez zainteresowała wielu ludzi, którzy zaczęli domagać się przeprowadzenia uczciwego śledztwa lub wręcz robili to na własną rękę. Jednym z nich był inny dziennikarz „El Proceso”, Jorge Carrasco, który w wyniku swych dążeń do odkrycia prawdy o losie Reginy Martinez stał się obiektem zastraszania i gróźb. Z czyjej strony? – łatwo się domyślić.[6]

            Przypadek dziennikarki nie jest jedyny, a jednak stał się w ostatnim czasie chyba najsławniejszym symbolem nieposzanowania wolności słowa w Meksyku. Historii takich jak ta są dziesiątki. Niechlubnym rekordzistą w zakresie przemocy wymierzonej w media jest stan Veracruz w Meksyku, w którym od początku 2010 roku zamordowano 9 dziennikarzy, bloggerów lub innych działaczy medialnych, 2 – zaginęło, a wielu poddano różnorodnym technikom zastraszania, okaleczenia lub w inny sposób zmuszano do milczenia. Veronica Danell, korespondentka magazynu „Excelsior” i „Cadena Tres TV”  została na przykład zwolniona z pracy w „Mega Noticias” za swoje zbyt odważne słowa wypowiedziane na antenie na temat PRI oraz różnych osób uchodzących za autorytety w stanie Veracruz. Dziennikarka jest przekonana, że pracę straciła na polecenie rządu, co tylko potwierdza, że ów wschodni stan Meksyku słusznie zyskał swą niesławę.[7]

            Oczywiście nie jest to jedyny niebezpieczny region. W całym Meksyku od 2008 roku odnotowano aż 20 morderstw dokonanych na pracownikach mediów oraz 8 zaginięć. Zabójstwa mają zazwyczaj bardzo brutalny charakter, czego przykładem może być morderstwo dokonane na Jose Armando Rodriguezie Carreonie, który został zastrzelony w biały dzień  na oczach swej córki, którą właśnie odwoził samochodem do szkoły. Do tego dochodzi wprost niepoliczalna liczba gróźb i zastraszeń mających na celu zniechęcenie dziennikarzy do wtrącania się w brudne interesy rządu i policji oraz do indagowania środowisk przemytniczych. Zdarzały się również przypadki kasowania przez policję niewygodnych zdjęć zrobionych przez obecnych na miejscach akcji cywili.[8]

            Jak powstrzymać tę falę przemocy, coraz bujniej rozprzestrzeniającą się w skorumpowanym Meksyku? Państwo nie potrafi (bądź nie chce) odpowiedzieć na to pytanie skutecznie. Nowy prezydent, Enrique Peña Nieto, w swej kampanii wyborczej skupił się na rozwijaniu gospodarki, twierdząc, że redukując bezrobocie i biedę ograniczy także problemy wynikające z działalności grup przestępczych oraz zniweluje przemoc, jednym słowem zajmie się kłopotami u ich podstaw. Chwalebna ta koncepcja nie musi jednak wcale oznaczać poprawienia się sytuacji dziennikarzy w kraju, w którym kwitnie bezprawie, a wszelkie rządowe instytucje dawno już straciły autorytet. W tej sytuacji na pomoc przychodzą organizacje pozarządowe, a zwłaszcza międzynarodowe.

            International Federation of Journalists (IFJ, Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy)[9]  jest największą i najstarszą organizacją stawiającą sobie za cel wywieranie przymusu na rządach krajów, by promowały sprawiedliwość społeczną i zapewniały mediom swobodę działania oraz należne im prawa. Stanowi ona wielkie oparcie dla dziennikarzy z całego świata. Do jej zadań należy monitorowanie sytuacji, a więc obserwacja poszczególnych krajów pod kątem traktowania pracowników gazet czy stacji telewizyjnych. Poza tym jednym z głównych zadań tej federacji jest pomoc tym, którzy podlegają zastraszaniu z powodu treści publikowanych artykułów, bądź wystąpień publicznych.

            Inną podobną organizacją jest Reporters Without Borders (Reporterzy Bez Granic)[10], która również zajmuje się promowaniem wolności słowa i pomaganiem dziennikarzom zniewolonym przez system, bądź zastraszanym przez organizacje przestępcze. Dodatkowo RWB prowadzi tzw. „czarną listę”, na której umieszcza dane wszystkich przeciwników wolności prasy, łącznie ze światowymi przywódcami. W sprawie Meksyku organizacja RWB zwracała się o pomoc do Stanów Zjednoczonych wysyłając m.in.  Open Letter bezpośrednio do prezydenta USA Baracka Obamy[11] z apelem o zwrócenie uwagi na problem wolnych mediów w Meksyku, wystosowując jednocześnie prośby o ułatwienie procesu udzielania azylu ofiarom przemocy, oraz o wywieranie nacisku na władze południowego sąsiada, by te zostały zmuszone do przeprowadzenia koniecznych reform.

            W Meksyku często jedynym sposobem na obronę przed pogwałceniem prawa do wolności słowa jest wyciągnięcie swojej sprawy  na światło dzienne, na przykład poprzez podanie do wiadomości publicznej informacji o otrzymywanych groźbach. Dziennikarze ratują się w ten sposób, ponieważ potencjalnym dręczycielom dużo trudniej jest nękać osobę rozpoznawalną publicznie. Dzieje się tak m.in. z powodu buntu, jaki mógłby wyniknąć w innych krajach na widok wyraźnej bezkarności i bezprawia. Pracownicy prasy zwracają się również do różnych organizacji lub krajów z prośbą o azyl, który dla wielu okazuje się jedynym gwarantem bezpiecznego i spokojnego życia przy jednoczesnym zachowaniu wolności wyrażania własnych myśli oraz przekonań

            Podsumowując, po raz kolejny okazuje się, że demokracja jest ustrojem wymagającym czasu i pracy nad nim, by mógł on funkcjonować prawidłowo. Nie wszystkie fundamentalne prawa człowieka (które są najważniejsze, bo wynikają z tego że jesteśmy ludźmi, a nie obywatelami![12]) są od razu przestrzegane w państwie o świeżo zmienionym systemie politycznym. Meksyk nie jest jedynym krajem, który boryka się z podobnymi problemami, np. państwa takie jak Irak, czy Somalia, wciąż utrzymują się w ścisłej czołówce , jeśli chodzi o przemoc w stosunku do dziennikarzy[13]. Pozostaje nam wierzyć w skuteczność działania organizacji międzynarodowych oraz przede wszystkim społeczeństwa obywatelskiego Meksyku oraz nie trwać w nieświadomości.

 

 Autor: Agata Szymula

 

Bibliografia:

 

 

Przypisy:


[1] Thibault Blin, „Meksyk: narkotyki, seks i przemoc zamiast demokracji” , http://www.cafebabel.pl/article/24124/meksyk-narkotyki-seks-i-przemoc-zamiast-demokracji.html

[2] Obracanie legalnymi towarami i usługami w sposób nielegalny – niezarejestrowany przez państwo, które z obrotu takiego nie czerpie żadnych zysków

[4] Patrick Corcoran „How Mexico’s Underworld become violent?”, http://www.insightcrime.org/news-analysis/how-mexicos-traffickers-became-violent

[5] Mówiąc “odzew”, mam na myśli ewentualne reakcje ludzi świadomych trudnej sytuacji panującej w Meksyku, np.  w postaci wywierania wpływu na rządy swoich państw (np. poprzez petycje czy demonstracje), by te reagowały, wywierając z kolei nacisk na rząd meksykański lub poprzez powstawanie organizacji mających na celu pomoc zastraszanym dziennikarzom.

[6] Andalusia Knoll, „One Year after the Murder of Journalist Regina Martínez: Violence and Impunity Reign”, http://upsidedownworld.org/main/mexico-archives-79/4267-one-year-after-the-murder-of-journalist-regina-martinez-violence-and-impunity-reign

[7] „VERACRUZ JOURNALIST REPORTED MISSING, PROCESO REPORTER GOES INTO HIDING”, http://en.rsf.org/mexico-two-cases-fuel-controversy-about-10-04-2013,44359.html

[8] ”Journalists targeted in Mexican drug violence”, http://www.youtube.com/watch?v=L86t5D7Lu4Q

[11] “BARBARISM AT YOUR GATES – WHO WILL END THE TORMENT OF MEXICO’S JOURNALISTS?”, http://en.rsf.org/united-states-barbarism-at-your-gates-who-will-02-05-2013,44531.html

[12] Prawa człowieka, to podstawowe prawa, których źródłem jest godność ludzka. Są one niezależne od niczego i nie można ich odebrać, w przeciwieństwie np. do praw obywatelskich, które przysługują nam tylko jeśli jesteśmy obywatelami danego kraju i spełniamy obowiązki należąca do nas, jako wykonawców tej roli.

  Motor był na początku XX wieku niesamowicie popularnym środkiem transportu w Ameryce, czego główną przyczyną była cena. Motory w szczególności w porównaniu z samochodami tego okresu, były niewiarygodnie tanim środkiem transportu. Pierwszą amerykańską firmą, która zajmowała się masową produkcją motocykli była utworzona w 1901 r.  Indian Motorcycle Company. Jej założycielami byli Georg M. Hendee oraz Carl Oscar Hedstrom. Dwa lata później powstał The Harley-Davidson Motor Company[1]. Tego samego roku (1903)  z inicjatywy The New York Motorcycle Club utworzono Federation of American Motorcyclists, pierwszą organizację mająca na celu ochronę praw motocyklistów[2], później przekształconą w American Motorcycle Association(AMA).

  Pierwszym klubem motocyklowym, który przetrwał do dzisiaj jest, powstały w 1935 McCook Outlaws, obecnie znany jako Outlaws Motorcycle Club. Głównym powodem dla którego zrzeszano się w tym klubie była chęć pokonywania długich tras, co było nie lada wyzwaniem na nieutwardzonych, wyboistych drogach, oraz organizowanie wyścigów.[3]

titel

Oficialne logo Outlaw MC World (http://www.outlawsmcworld.com)


  Rozwój gangów motocyklowych chwilowo zwolnił wraz z wybuchem II wojny światowej. Po zakończeniu działań zbrojnych do Stanów Zjednoczonych zaczęli powracać młodzi ludzie, którzy często nie potrafili się odnaleźć w nowej spokojnej rzeczywistości. Podczas wojny wytworzyły się pomiędzy nimi silne więzi, wielu potrafiło jeździć na motorach i szukało silnych wrażeń. Poskutkowało to powstaniem wielu nowych gangów złożonych z przyjaciół-weteranów.

  Jednym z takich klubów był Pissed Off Bastards Of Bloomington (P.O.B.O.B.), utworzony w 1945 roku przez Otto Friedliego. W 1947 r. członkowie P.O.B.O.B. pojechali na wyścigi Gypsy Tour organizowane przez AMA w miasteczku Hollister. Były to najpopularniejsze wyścigi motocyklowe w kraju, w związku z czym do miasta zjechało wielu motocyklistów zarówno zrzeszonych jak i nie zrzeszonych w AMA. Uczestnicy wydarzenia, po wypiciu odpowiedniej ilości piwa, postanowili pojeździć po ulicach Hollister. Zaowocowało to zniszczeniem kilku  witryn sklepowych i aresztowaniem. Całe zdarzenie zostało wyolbrzymione przez prasę. Opisywano je wręcz jako akt terroryzmu. Motocykliści mieli wszczynać bójki i przejeżdżać przez restauracje. Całej sytuacji nie pomogło zdjęcie zrobione przez Barney’a Petersona uznane za obraz typowego motocyklisty:

lifemagazinephoto

   W konsekwencji AMA miało wydać oświadczenie zapewniające, że  99% motocyklistów to dobrzy przestrzegający prawa obywatele. W związku z tym autorstwo terminu one-percenter (ang. „Jedno-procentowiec”. Określenie używane w stosunku do członków gangów motocyklowych powstałych po zamieszkach w Hollister[4]) zostało przypisane AMA. Chociaż samo stowarzyszenie twierdzi, że nigdy takiego oświadczenia nie napisało[5]. Niedługo po tych wydarzeniach Otto Friedli założył w San Bernardino w  Kalifornii nowy klub, Hells Angels Motorcycle Club (HAMC, ang. Klub Motocyklowy Anioły Piekła).

  Początkowo klub działał tylko na terenie Kalifornii, zmieniło się to jednak, gdy w  1961 r. do Aniołów dołączył oddział z Auckland w Nowej Zelandii. Przez resztę lat 60. otwierano nowe oddziały HAMC w Stanach Zjednoczonych. Pierwsza europejska jednostka została otworzona w 1969 r. w Londynie. Obecnie fillie HAMC znajdują się w Azji, Afryce, Ameryce Południowej i Ameryce Północnej, Australii oraz Europie[6].

  Istotnym momentem w historii klubu było oskarżenie dwóch członków Hells  Angels o zgwałcenie dwóch kobiet w 1964 r. Zarzuty zostały wycofane z powodu braku dowodów, ale sprawa została nagłośniona przez prasę i przykuła uwagę urzędników państwowych. W rezultacie stanowy prokurator generalny, Thomas Lynch, ogłosił prawo mówiące o zbieraniu informacji na temat outlaw motocycle gang (OMG- organizacje, których członkowie używają klubów motocyklowych do ukrycia działalności kryminalnej[7], ang. gangi motocyklowe wyjęte spod prawa). W następnym roku Lynch upublicznił raport na temat działań OMG. Raport Lyncha jest pierwszą przeprowadzoną na tak dużą skalę próbą opisania działań gangów motocyklowych jako wyraźnego niebezpieczeństwa. Po upublicznieniu raportu gazety od razu  zaczęły opisywać straszne historie z udziałem Hells Angels podtrzymując ich negatywny wizerunek. Sam klub chętnie angażował się w rozprzestrzenianie informacji na swój temat m.in. pomagając przy tworzeniu filmów o sobie, biorąc udział w audycjach radiowych, czy pozwalając Hunterowi S. Thompsonowi obcować ze sobą przez rok (pisarz amerykański, autor książki na temat gangu pt. „Hells Angells”).

   Zła sława klubu została wzmocniona w 1969 r., kiedy członek HAMC został skazany na wyrok więzienia za zabicie 18-latki na koncercie The Rolling Stones, „Gimme Shelter”. Szczegóły wydarzeń z tego dnia są nieznane. Anioły Piekła wydały oświadczenie, w którym stwierdziły, że to ofiara, Meredith Hunter, zaatakowała oraz postrzeliła jednego z członków klubu. Rzekomo postrzelonego nie można było jednak zabrać do lekarza, ponieważ był zbiegiem, a rana była powierzchowna[8]

   Hells Angels to jeden z najlepiej znanych i najbardziej rozpoznawalnych klubów motocyklowych na świecie. Obecnie oddziały HAMC znajdują się w dwudziestu siedmiu państwach świata. Hells Angels jest uznawane za organizację przestępczą. Klub uznaje się za outlaw motocycle club. Anioły Piekła są zamieszane w przemyt i produkcję marihuany oraz metamfetaminy, a także rozprowadzanie i transport m.in. kokainy, haszyszu, heroiny[9].

dump_1dump_16

Przykładowe strony z kartotek FBI na temat Hells Angels (http://vault.fbi.gov/The%20Hells%20Angels)

   Motorem Hells Angels jest Harley-Davidson, każdy członek klubu jeźdźi tą marką. Anioły można rozpoznac po  skórzanych lub jeansowych kurtkach ze skrzydlatą czaszką i literami HAMC naszytymi na plecach. Na kurtkach HAMC mają naszyte różnego rodzaju oznaczenia określającę ich rangę w grupie[10]. Jeżeli temat Aniołów Piekła Was zainteraesował, polecam przeczytanie książki Huntera S. Thompsona „Hells Angels” w, której autor opisuje swój rok spędzony z gangiem, oraz książki „Byłem Aniołem Piekła, okrutny świat motocyklowych gangów”, Yves’a Lavigne, autor w tej pracy opisuję historię Anthonego Taita, agenta FBI, który wszedł w szeregi gangu.

138

Członkowie Hells Angels na swoich Harleyach (http://www.hells-angels.com/gallery/popup.php?pic=1524958.jpg)

Autor: Justyna Bielenin

Przypisy:

[1]William L. Dulaney, “A Brief History of „Outlaw” Motorcycle Clubs”, http://ijms.nova.edu/November2005/IJMS_Artcl.Dulaney.html (dostęp 07.04.2013).

[2] The History Of The AMA,  http://www.americanmotorcyclist.com/about/history (dostęp 07.04.2013).

[3] William L. Dulaney, op..cit.

[4] Charles Montaldo, One Percenters, http://crime.about.com/od/gangsters/g/OnePercenter.htm, (dostęp, 08.04.2013).

[5] William L. Dulaney, op..cit.

[6] The beginning of Hells Angels Motorcycle club, http://www.hells-angels.com/?HA=history, (dostęp 07.04.2013)

[7] The United States Department of Justice,  http://www.justice.gov/criminal/ocgs/gangs/motorcycle.html, (dostęp 08.04.2013).

[8] William L. Dulaney, op..cit.

[9] Ibid.

[10] Randy James, A Brief History Of The Hells Angels, http://www.time.com/time/nation/article/0,8599,1914201,00.html, (dostęp 09.04.2013).

Kanada to ogromne północnoamerykańskie państwo graniczące ze Stanami Zjednoczonymi. Dla wielu wydaje się idealnym miejscem do życia – mimo niekiedy uciążliwych warunków pogodowych. Kanada bardzo prężnie się rozwija, posiada jednocześnie wysoki deficyt ludności, co powoduje, że jest krajem otwartym na ciągły napływ imigrantów. W Kanadzie amerykańską zieloną kartę zastępuje status stałej rezydencji. Wymagane jest wypełnienie formularza przez internet i na podstawie podanych informacji, program oblicza prawdopodobieństwo zaakceptowania wniosku. Posiadanie statusu stałego rezydenta w Kanadzie nie gwarantuje pełnych praw. Taka osoba nie może np. głosować, nie posiada przecież paszportu kanadyjskiego. Jednakże po trzech latach stałego rezydowania w Kanadzie imigrant może starać się o przyznanie obywatelstwa, podchodząc w tym celu do specjalnego testu. Wiele przepisów dotyczących imigrantów uległo zaostrzeniu po zamachach z 11 września 2001 roku, do których doszło na terenie Stanów Zjednoczonych. Od tamtego czasu każdy przyjezdny jest o wiele dokładniej sprawdzany. Nieoficjalnie mówi się również o tym, że przybywającym z krajów muzułmańskich przygląda się uważniej niż tym, np. z krajów europejskich. Mimo wszystko, napływ imigrantów nie uległ istotnemu zmniejszeniu. Kraj ten wciąż przez wielu ludzi na całym świecie utożsamiany jest z wizją lepszego życia.

            Kanada jest federacją składająca się z dziesięciu prowincji. Funkcjonuje tam rząd federalny, ale jednocześnie każda prowincja ma też swój rząd i własny parlament. Niektóre dziedziny życia są zarządzane federalne, inne zaś podlegają bezpośrednio władzom prowincji. Quebec jest jedyną prowincją, która zajmuje się imigracją we własnym zakresie, w przypadku innych prowincji decyduje rząd federalny. Do Quebecu przybywa dużo imigrantów z krajów francuskojęzycznych, tj.  Francji, Algierii, Maroka czy Tunezji. Istnieje też duży odsetek imigrantów z Haiti. Od kilku lat na terenie całego państwa obserwuje się duży napływ emigrantów z Chin.

            Kanadzie nie jest także obcy fenomen drenażu mózgów czyli zjawiska emigracji ludzi dobrze wykształconych do krajów wysoko rozwiniętych, które oferują im lepsze warunki materialne i zawodowe.[1] Imigranci, starający się o legalny pobyt w Kanadzie dostają punkty również za posiadane wykształcenie. Poważny problem pojawia się niestety gdy imigrant przyjeżdża do Kanady i okazuje się, że jego dyplom nie jest w tym kraju uznawany. Często musi on wrócić na studia i zaliczyć kilka kursów, by uzyskać jakikolwiek tamtejszy dyplom – bez niego może być mu naprawdę ciężko. Jest to bardzo trudna droga szczególnie dla lekarzy, którzy niekiedy muszą poświęcić kilka lat na powtórną naukę i podchodzenie do kanadyjskich egzaminów.

            Każdy plan wyemigrowania do obcego państwa wiąże się z szerokim wachlarzem trudności, z którymi potencjalny emigrant będzie musiał się zmierzyć. Dla wielu państw na świecie, między innymi dla Polski, Kanada zniosła już ruch wizowy i wymagany jest w zamian paszport biometryczny, którego wyrobienie nie wiąże się już z tak dużymi kosztami, jak otrzymanie wizy. Jednakże rok 2002 przyniósł wiele nowych przepisów, o których nie mówiło się na świecie głośno, które Kanada wprowadziła w życie pod wpływem nacisków ze strony amerykańskiego rządu i które stały się dla imigrantów ogromnym utrudnieniem.

            Po zamachach z 11 września 2001 roku rząd Stanów Zjednoczonych z prezydentem Georgem W. Bushem na czele, wprowadzili niezwykle restrykcyjną politykę wobec ludności pochodzącej z krajów arabskich. Kilka miesięcy po wrześniowych wydarzeniach Rząd Federalny Stanów Zjednoczonych stworzył program, który wymagał od tysięcy muzułmańskich mężczyzn rejestracji w instytucji, która miała na celu sprawdzanie, czy nie mają oni powiązań z grupami terrorystycznymi i czy w ich przypadku nie doszło do złamania praw imigracyjnych. Dopiero po wielu skargach, które wskazywały, że program jest nacechowany rasistowsko, wycofano go w 2003 roku.[2] Jednakże wielu ludzi, których objął program, zostało deportowanych. Nawet tych, dla których Stany Zjednoczone były domem, ponieważ przybyli oni do USA jako dzieci i spędzili tam często więcej niż połowę swojego życia. W tej sytuacji wiele osób pochodzenia arabskiego zdecydowało się na ucieczkę ze Stanów Zjednoczonych mimo iż dla niektórych był to do tej pory kraj azylu. Programy, podobne do wspomnianego przeze mnie wcześniej, nie oszczędzały bowiem nawet uchodźców.

            Ogromna ilość uciekinierów ze Stanów Zjednoczonych kierowała się do Kanady w celu uniknięcia osadzenia w więzieniu lub deportacji, czego doświadczyło tysiące muzułmanów. Ogromne ilości Pakistańczyków oraz przedstawicieli innych państw arabskich wnioskowało w Kanadzie o status uchodźcy w styczniu 2003 roku. Dwa lata później większość z nich została jednak deportowana, oddana w ręce władz USA, skąd później najczęściej odsyłano ich do krajów ojczystych. W 2004 roku odrzuconych zostało 928 pakistańskich wniosków o azyl w samym tylko mieście Montreal w kanadyjskiej prowincji Quebec. W całej Kanadzie zaakceptowano jedynie 37 % pakistańskich wniosków o azyl, w porównaniu w 2000 roku, kiedy to zaakceptowano ich aż 61%. Tak drastyczne zmiany wiązały się z odpowiedzią Kanady na ataki z 11 września 2001 roku w postaci ich własnego pakietu ustaw imigracyjnych – AntiTerrorism Act i Public Safety Act (Ustawa Antyterrorystyczna i Ustawa o Bezpieczeństwie Publicznym). Dokumenty te pozwalały na zapobiegawcze zamykanie w więzieniach ludzi podejrzanych o terroryzm oraz dawały rządowi prawo do wysuwania oskarżeń o terroryzm pod kątem konkretnych osób, bez prawnych dowodów potwierdzających domniemaną winę podejrzanych. Ponadto, w grudniu 2001 roku podpisane zostało porozumienie między Kanadą a Stanami Zjednoczonymi, które miało zwiększyć środki bezpieczeństwa na granicach tych państw. Na żądanie Stanów Zjednoczonych – Kanada zwiększyła ilość państw, od których wymagane będą wizy. Jednakowoż jednym z najbardziej drastycznych dla szukających azylu w Kanadzie uciekinierów z USA był The Safe Third Country Agreement (Trzecie Porozumienie Krajowe dotyczące Bezpieczeństwa), podpisany przez USA i Kanadę w grudniu 2002 roku, który wszedł w życie dwa lata później. Dokument ten potwierdzał zamknięcie kanadyjskiej granicy dla szukających w niej azylu uciekinierów ze Stanów Zjednoczonych, zakazywał również staranie się o azyl wszelkim uchodźcom, którzy wcześniej spędzili już jakiś czas na terenie innego kraju.[3]

            Mimo wszystkich tych ograniczeń całe muzułmańskie rodziny przez lata starały się uzyskać azyl na terenie Kanady. Decydowano się na to pomimo wiedzy, że w Stanach Zjednoczonych czeka na nich praktycznie pewne zesłanie z powrotem do ojczyzny, z której, w wielu przypadkach, tak bardzo starali się uciec. Warto też zaznaczyć, iż była to największa odczuwalna fala migracji ze Stanów Zjednoczonych do Kanady mająca miejsce po atakach z 11 września 2001 roku.

            Te tragiczne dla wielu imigrantów z krajów arabskich taktyki pokazują doskonale ogrom współpracy, jaka wytworzyła się między Stanami Zjednoczonymi a Kanadą tuż po atakach z 11 września. Kanadyjczycy udzielili Amerykanom wsparcia również bezpośrednio po zamachach, gdy kanadyjskie lotniska przyjęły setki samolotów amerykańskich z około trzydziestoma tysiącami pasażerów na ich pokładach. Pasażerowie ci zostali nakarmieni, zapewniono im bezpieczeństwo i traktowano z pełną serdecznością, okazując w ten sposób współczucie. W Ottawie, przy amerykańskiej ambasadzie, Kanadyjczycy znosili kwiaty, flagi oraz świece, okazując swoje wsparcie dla zaatakowanego sąsiada. Jednakże ogromna pomoc Kanadyjczyków pozostawała jakby niezauważona, zwłaszcza przez rząd Stanów Zjednoczonych. Podziękowania płynęły właściwie dla każdego kraju, który wspierał USA, oprócz Kanady. Dopiero słowa ówczesnego amerykańskiego sekretarza stanu Collina Powella – Kanada była jednym z pierwszych państw, które okazało nam współczucie i pomoc – nieco uspokoiły kanadyjską opinię publiczną. Tymczasem administracja prezydenta Busha wywierały silną presję na poparcie swej nowej anty-terrorystycznej polityki. Naciski były do tego stopnia skuteczne, że przeprowadzane w Kanadzie w dniach 20 – 22 września 2001 roku sondaże pokazały, iż aż 70% Kanadyjczyków uważa, że Kanada powinna przystąpić do globalnej wojnie przeciwko terroryzmowi.[4] Była to jedna z ważniejszych przyczyn wprowadzenia w życie wspomnianych przeze mnie aktów prawnych, które skutecznie utrudniały arabskim imigrantom ucieczkę ze Stanów Zjednoczonych do Kanady. Zapisy zawarte w nich były efektem z jednej strony głębokiego  współczucia i gestem solidarności z zaatakowanym sąsiednim państwem i jego obywatelami, z drugiej zaś odpowiedzią na konkretne polityczne naciski na wprowadzenie radykalnej polityki walki z terroryzmem, której założenia wypracowane zostały pod wpływem ogromnych emocji i nie zawsze były odpowiednio dopasowane do głównego celu – często uderzając w niewinnych ludzi. W ramach zawartych porozumień bilateralnych Kanada zgodziła się również przesyłać Stanom Zjednoczonym listy pasażerów samolotów, które lecą z Kanady do USA lub będą przelatywać przez amerykańską strefę powietrzną. Co więcej, Amerykanie nadal naciskają na rząd kanadyjski, by stworzyć wspólną politykę imigracyjną oraz wypracować wspólne dla obydwu państw standardy bezpieczeństwa.[5]

            Pomimo istnienia obwarowań prawnych, nowych ustaw, zwiększonej kontroli granic i lotnisk – na co rząd kanadyjski od 2001 roku przeznaczył około 10 miliardów dolarów[6] – Kanadzie wciąż nie jest obce zjawisko nielegalnej imigracji. Wręcz przeciwnie – jak już wspomniałam wcześniej – zaostrzenie przepisów dotyczące imigrantów w Stanach Zjednoczonych sprawiło, że ludzie, obawiając się deportacji, zaczęli szukać ucieczki do innego, pobliskiego kraju. Nie byli to tylko muzułmanie. Trzeba wspomnieć, że w USA mieszka ogromny odsetek nielegalnych imigrantów z Meksyku. Ich sytuacja po wydarzeniach z 11 września również uległa drastycznemu pogorszeniu. Pracodawcy, których do tej pory nie interesowało, czy imigrant, którego zatrudniają, przebywa na terenie Stanów Zjednoczonych legalnie, nagle zaczęli wypytywać go o dokumenty, potwierdzające jego legalny status. W związku z tym również latynoscy imigranci zaczęli zasypiać w strachu przed złapaniem i deportacją do swojego kraju.[7] Aktualnie wielu z nich zgłasza się więc do organizacji, które pomagają imigrantom w wypełnianiu dokumentacji uprawniającej do ubiegania się o status uchodźcy w innym państwie, jakim może być właśnie Kanada. Tymczasem według raportów jedynie 32 mile z 4000 kanadyjsko – amerykańskiej granicy są wystarczająco strzeżone, by faktycznie zapobiec nielegalnemu przepływowi ludności czy narkotyków. Nad pozostałymi 3968 milami nie ma odpowiedniej kontroli.[8] Jednocześnie napływające z Kanady informacje o tym, że w największym mieście i jednocześnie stolicy prowincji Ontario – Toronto przegłosowano projekt, dzięki któremu nielegalni imigranci będą mogli bez obaw korzystać z usług miasta, takich jak banki żywności czy schroniska.[9]

            W takich okolicznościach trudno się dziwić, że wielu Meksykanów, zachęcanych także głosami w Stanach Zjednoczonych, zdecydowało się na wyjazd do Kanady. W przygranicznym mieście kanadyjskim Windsor w prowincji Ontario doszło do sytuacji, w której miejscowi urzędnicy przestali sobie wręcz radzić z napływem latynoskich imigrantów. Miasto miało problem z zapewnieniem imigrantom schronisk i pożywienia – płaciło za hotele, a żywność dowożona była taksówkami. Dodatkowo napływały informacje, że w ciągu najbliższego tygodnia kolejnych 7 tys Meksykanów ma zamiar przybyć, by ubiegać się o status uchodźcy. Było to ogromne obciążenie dla miasta, zwłaszcza finansowe. Wydawało się również tym bardziej niezrozumiałe, że Kanada niezwykle rzadko przyznaje Meksykanom status uchodźcy w swoim kraju – dzieje się tak zaledwie w przypadku 27% ogólnej liczby wniosków. Napływający imigranci jednak tłumaczyli, że zostali poinformowani przez The Jerusalem Haitian Community Center (Haitiańskie Centrum Wspólnotowe Jeruzalem), że w Kanadzie czeka na nich lepsze życie i praca, a ponieważ zapłacili za pomoc 400 dolarów od osoby dorosłej i 100 dolarów od dziecka, nie wyobrażali sobie powrotu na Florydę. Przedstawiciele The Jerusalem Haitian Community Center wypierają się jakoby przekazywali imigrantom taką informację.[10] Bez względu jednak na to, czy faktycznie wprowadzono latynoskich imigrantów w błąd czy nie, miasto Windsor musiało zmierzyć się z prawdziwą falą Meksykanów starających się o status uchodźcy.

            Niepokojące są również dane opublikowane przez Canada’s Immigration News Source (Kanadyjskie Centrum Informacji o Imigracji), które ostrzegają, że liczba nielegalnych imigrantów na terenie Kanady wzrośnie znacząco do 2015 roku. Wtedy to wygasną tymczasowe pozwolenia na pracę w Kanadzie przyznane na okres czterech lat ok. 190 tysiącom imigrantów. Liczba  pracowników tymczasowych w Kanadzie niespodziewanie wzrosła już z poziomu ok. 100 tys w 2002 roku do ponad 300 tys w roku 2013. Ogromny ich odsetek stanowią imigranci azjatyccy, głównie Chińczycy.[11]

            Z nielegalną imigracją najczęściej związane jest przykre, lecz niestety powszechne zjawisko przemytu i handlu ludźmi. Kanada nie jest wyjątkiem od tej reguły. Wielu imigrantów usiłuje obejść długą i żmudną drogę przyznania statusu uchodźcy czy legalnego imigranta, uciekając się do pomocy przemytników, którzy, oczywiście za opłatą, mają im pomóc przedostać się na teren państwa północnoamerykańskiego. Warto dodać, że według szacunków ONZ handel ludźmi jest w tej chwili jedną z najbardziej dochodowych działalności przestępczych na świecie.[12] Na skorzystanie z pomocy przemytników decydują się najczęściej ci, którym zmiany w kanadyjskim prawie imigracyjnym uniemożliwiły przyznanie statusu uchodźcy oraz ci, którzy nie są w stanie przedostać się do Kanady w sposób legalny. Przemytnicy często pogrywają z desperacją i niewiedzą imigrantów, przekonując ich, że przemyt jest najszybszą i najlepszą drogą przedostania się na terytorium Kanady. Ci, którzy są najbardziej zdesperowani, by uciec ze swojego kraju, często płacą przemytnikom ogromne pieniądze w nadziei, że to zapewni im bezpieczną podróż do wskazanego kraju. W Kanadzie maksymalną karą za pierwsze wykroczenie związane z przemytem ludzi jest 500 tys dolarów grzywny i dziesięć lat więzienia. Każdy skazany za pomoc w przemycie więcej niż 10 ludzi może już nigdy nie opuścić więzienia. Lecz nawet perspektywa tak wysokiej kary nie powstrzymuje przemytników, którzy niekiedy dostają dziesiątki tysięcy dolarów za przewiezienie jednego człowieka. Te pieniądze mają zapewnić fałszywe dokumenty i przewóz ludzi na różnego rodzaju statkach – począwszy od małych statków, kończąc na transportowcach.[13]

            Trzeba jednak pamiętać, że handel ludźmi i przemyt ludzi to dwa różne zjawiska. Przemyt ludzi to transakcja handlowa pomiędzy dwoma zainteresowanymi stronami dotycząca ruchu przez granice, zazwyczaj w sposób nielegalny. Występuje za zgodą osoby przewożonej, a transakcja kończy się zazwyczaj po przyjeździe. Handel ludźmi jest pogwałceniem podstawowych praw człowieka.. Ma swój początek, gdy jedna ze stron pozbawia drugiej wolności przy użyciu gróźb, przemocy, przymusu, oszustw. Pomimo tych różnic, przemycane osoby mogą stać się ofiarami handlu ludźmi w każdym punkcie procesu przemytu. Ofiary te można znaleźć w branży usług seksualnych, niewolniczej, przymusowej służby, pracy na roli czy w przypadku pracy dzieci.[14]

            Obserwując sytuację, która ma miejsce na wspólnej granicy kanadyjsko – amerykańskiej oraz na całym obszarze granicznym tych państw, prezydent Stanów Zjednoczonych, Barack Obama, oraz premier Kanady, Stephen Harper, 4 lutego 2011 roku doszli do porozumienia zgodnie, z którym oba kraje będą wzmacniać własne środki bezpieczeństwa. Ma to służyć uniemożliwieniu lub przynajmniej zmniejszeniu praktyk przemytu oraz handlu ludźmi na terenie Stanów Zjednoczonych i Kanady oraz zwiększeniu bezpieczeństwa i zmniejszeniu skali zjawiska nielegalnej imigracji. Obaj przywódcy  obiecali również utrzymać suwerenność swoich narodów poprzez pokonywanie różnic dzielących Kanadyjczyków i Amerykanów, by zwiększyć wspólne bezpieczeństwo i przyspieszyć uzasadniony przepływ ludzi, towarów i usług pomiędzy tymi dwoma krajami.[15] Czy działania te  będą na tyle efektownie, by faktycznie zmniejszyć przepływ nielegalnych imigrantów? To okaże się dopiero po upływie czasu.

            Podsumowując, proces imigracji często wydaje się ludziom prosty i kojarzy się z wypełnieniem kilku dokumentów oraz pewnym nakładem finansowym. Sytuacja Kanady – jej problemy z napływającą nielegalnie ludnością, zjawisko przemytu oraz handlu ludźmi – wskazują jednak na złożoność tego problemu oraz ogrom ludzkiej desperacji, która pojawia się, gdy ludzie usiłują uciec do miejsca, które wydaje się dla nich niemal niebem na ziemi w porównaniu z warunkami, z jakimi radzą sobie w kraju ojczystym. Patrząc na determinację tych ludzi można śmiało wyrażać wątpliwość, czy kolejne obwarowania prawne oraz większa ochrona granic będą w stanie powstrzymać ich przed dotarciem do miejsca, w którym chcą się znaleźć.

Autor: Adrianna Mozga

 

Bibliografia:

Przypisy:


[1]    Drenaż mózgów; http://pl.wikipedia.org/wiki/Drena%C5%BC_m%C3%B3zg%C3%B3w ; [12.05.2013 r.]

[2]    Michael Janofsky, 9/11 Panel Calls Policies on Immigration Ineffective;   http://www.nytimes.com/2004/04/17/national/17IMMI.html ; [12.05.2013 r]

[3]             . T. Nguyen, We Are All Suspects Now: Untold Stories from Immigrant Communities after 9/11, Boston, 2006, s. 138 – 140

[4]             . J. H.Thompson, S. J. Randall, Canada and the United States: Ambivalent Allies, Athens, 2008, s. 321 – 322

[5]    Sara Kehaulani Goo, Passenger Lists Sought For Flights Over U.S; http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/articles/A6015-2005Apr20.html  ; [12.05.2013 r.]

[6]    John – pseudonim użytkownika portalu, jego dane personalne zostały utajnione, More US illegal immigrants enter through Canada than Mexico; http://www.canadaupdates.com/content/more-us-illegal-immigrants-enter-through-canada-mexico-16110.html ; [12.05.2013 r.]

[7]    Monica Davey, Abby Goodnough, Illegal Immigrants Chase False Hope to Canada; http://www.nytimes.com/2007/09/21/us/21refugees.html?pagewanted=all&_r=1& ; [12.05.2013 r.]

[8]    John, More US illegal immigrants enter through Canada than Mexico; http://www.canadaupdates.com/content/more-us-illegal-immigrants-enter-through-canada-mexico-16110.html ; [12.05.2013 r.]

[9]    Andy Radia, Toronto becomes Canada’s first ‚sanctuary’ for illegal immigrants; http://ca.news.yahoo.com/blogs/canada-politics/toronto-becomes-canada-first-sanctuary-illegal-immigrants-063301261.html ; [12.05.2013 r.]

[10]  Monica Davey, Abby Goodnough, Illegal Immigrants Chase False Hope to Canada; http://www.nytimes.com/2007/09/21/us/21refugees.html?pagewanted=all&_r=1& ; [12.05.2013 r.]

[11]  IBTimes Staff Reporter – pseudonim użytkownika strony, jego dane personalne zostały utajnione, Illegal Immigration Is Expected To Rise In Canada By 2015;  http://ca.ibtimes.com/articles/430779/20130202/immigration-canada-new-rule.htm ; [12.05.2013 r.]

[12]  Ian Johnson, Human smuggling and trafficking big business in Canada; http://www.cbc.ca/news/canada/story/2012/03/28/f-human-smuggling-overview.html ; [12.05.2013 r.]

[13]  Tamże

[14]  Human Trafficking and Migrant Smuggling; http://www.international.gc.ca/crime/human-traf-personne.aspx [12.05.2013 r.]

[15]  John, More US illegal immigrants enter through Canada than Mexico; http://www.canadaupdates.com/content/more-us-illegal-immigrants-enter-through-canada-mexico-16110.html ; [12.05.2013 r.]

 Państwa Ameryki Łacińskiej rodziły się na drodze rewolucji. Zbrojne wystąpienia przeciwko hiszpańskiej zwierzchności, przewroty wojskowe, obalanie władz, czy ustanawianie nowych rządów odcisnęły trwałe piętno na obliczu latynoamerykańskich krajów. Rewolucja jest niejako wpisana w mity założycielskie obecnych narodów oraz niektórych rządów aktualnie sprawujących władzę. Wśród retoryk obecnych populistycznych polityków słychać nawoływania do kontynuowania rewolucji, różnorodni guerrilleros toczą walki, a obejmujący władzę w wyniku zamachów wojskowych zazwyczaj głoszą budowanie sprawiedliwego państwa, przemiany, stworzenie lepszego społeczeństwa. Nierówności społeczne oraz problemy polityczne sprawiają, że hasła sprawiedliwości społecznej i wyzwolenia są wciąż nośne. Pamięć  o głównych aktorach przełomowych chwil pozostaje żywa wśród społeczeństw Ameryki Łacińskiej. Upływ czasu i zmieniające się okoliczności w wielu przypadkach umożliwiają obiektywną ocenę rewolucjonistów, jednak wokół postaci i wydarzeń narastają mity, które mogą nadawać im znaczenie odbiegające od oceny historycznej.

W niniejszym eseju zarysuję jak postacie rewolucjonistów funkcjonują w pamięci zbiorowej. Na przykładzie Emiliana Zapaty zobaczyć można jak tworzy się bohater narodowy, który wrasta w mit założycielski państwa. Drugi przykład zaś, Ernesto Che Guevara, jako najbardziej znana, wszechobecna figura, determinuje spojrzenie na rewolucję w ogóle.

EMILIANO ZAPATA

emiliano zapata mexico

„Ziemia należy do tych, którzy na niej pracują” -hasło reformy agrarnej Zapaty.
http://www.historiacultural.com/2010/12/biografia-de-emiliano-zapata.html

Emiliano Zapata był czołową postacią Rewolucji Meksykańskiej z lat 1910-1919. Należący do warstwy chłopskiej, Zapata organizował i przewodził oddziałom guerrilleros występującym przeciwko reżimowi Porfirio Díaza. Domagał się reformy rolnej przyznającej ziemię chłopom. Został zabity w 1919 w Chinameca.

Już za życia był uznawany za bohatera. Dzięki niemu ruch campesinos zyskał jedną ludzką twarz, a głoszone przez ruch przesłanie stało się łatwiejsze w odbiorze. Ale jak to często bywa w procesie budowania mitu, to śmierć przywódcy pozwoliła legendzie rozkwitnąć. Oto rewolucja zyskała swojego męczennika.

Zapata stał się źródłem legitymizacji dla postrewolucyjnych władz. Od lat 20. politycy odwoływali się do pamięci o rewolucjoniście, żeby zyskać poparcie ludności z terenów, na których działał Zapata. Obchody rocznicy jego śmierci przy grobie w Cuautla (Morelos) zyskały wymiar państwowy. Uznano go oficjalnie zanarodowego bohatera, który stworzył podwaliny dla nowego państwa. Politycy w swoich retorykach usprawiedliwiali własne decyzje kontynuowaniem myśli Zapaty oraz wypełnianiem jego spuścizny. I tak Partia Rewolucyjno-Instytucjonalna (PRI) zawdzięcza swe długotrwałe rządy m.in. oparciu się o mit Zapaty. Dzięki państwu campesino-guerrillero wrósł w ogólnonarodową tożsamość; pamięć o nim wykroczyła poza tereny, na których działał. Jego kult stał się stałym elementem kultury politycznej Meksyku[1].

Jednak Zapata to nie tylko figura państwowego panteonu. Państwo nigdy nie zdołało zmonopolizować pamięci o nim. Pozostaje on przede wszystkim bohaterem chłopskim, czczonym na wiejskich obszarach Meksyku zgodnie z lokalnymi zwyczajami i tradycjami. Jego kult zawiera elementy religijne nawiązujące zarówno do religii chrześcijańskiej, jak i wierzeń prekolumbijskich. Zwłaszcza ta część jego mitu, która głosi, że nie zginął w Chinameca, że powróci by jeszcze raz poprowadzić ludzi i zapewnić sprawiedliwość, sytuuje go blisko indiańskich wierzeń o Quetzalcoatlu[2] lub katolickiej teologii zmartwychwstania. Jeszcze przez długie lata po jego śmierci ludzie mieli opowiadać, że widzieli jego białego konia na wzgórzach Morelos[3]. Weterani działań rewolucyjnych zaś zwykli byli zbierać się 10 kwietnia (dzień śmierci Zapaty) symbolicznie oczekując na powrót swojego przywódcy, który zaprowadzi ład.

220px-Viva_Zapata!

Plakat filmu Viva Zapata z 1952r.

Budowanie legendy wspomogła sztuka. Wiele spośród popularnych piosenek kultury ludowej – corridos, poświęcone było rewolucji meksykańskiej i gloryfikacji jej bohaterów.. Sławny film Elii Kazan ¡Viva Zapata! z 1952r. utrwalił mit założycielski rewolucyjnego państwa, odpowiednio upraszczając problematykę. (Ciekawe, że to dopiero ¡Viva Zapata! obdarzył Zapatę np. białym koniem, który odtąd stał się nierozerwalnym elementem jego image’u).

Jeśli chodzi o literaturę, to, jak zauważyła Lola E. Boyd, Zapata częściej bywał przedmiotem refleksji historycznej czy socjologicznej niż bohaterem literackim, ponieważ jego legendzie brakowało indywidualnego rysu. Zapata traktowany był raczej nie jako jednostka, ale reprezentant sprawy, twarz bohatera zbiorowego. W przeglądzie publikacji o Zapacie obejmującej okres do lat 60. Boyd stwierdziła, że nie spotkała się z ani jedną jego biografią, która byłaby całkiem obiektywna i kompletna. Wyróżniła natomiast dwie tendencje w opisywaniu jego postaci –  pochwalną albo negatywną. Subiektywizm i skrajność opinii wynikały z faktu, że autorzy poszczególnych dzieł albo sami byli zapatystami lub związali się ze środowiskami pielęgnującymi pamięć o Zapacie, albo wręcz przeciwnie – prezentowali interesy polityczne jego oponentów. Tak więc Zapatę przedstawiano z jednej strony jako krwawego bandytę, żądnego władzy, niewykształconego mężczyznę pozostającego marionetką swoich oficerów, z drugiej zaś jako człowieka honoru, niezwykle uczciwego i sprawiedliwego, który realizował własne idee.

Wydaje się jednak, że za najwłaściwszy miernik stosunku zwykłych ludzi do Zapaty można przyjąć treści licznych corridos, z których jednoznacznie wynika, że rewolucjonista budzi powszechny szacunek, wdzięczność oraz jest symbolem walki za sprawę ludową[4].

Od lat 60. aż po czasy współczesne Zapata stał się także twarzą wszelkich, czasami bardzo odmiennych, ruchów antyrządowych. Protesty różnych grup społecznych, w tym lekarzy, kolejarzy, chłopów, studentów, wystąpienia guerrilleros, oraz rebelie, których koronnym przykładem była ta z 1994 w Chiapas – wszystkich łączył wspólny patron – Męczennik z Chinameca[5]. Znowu stał się „liderem” dla tych, którzy czuli się ignorowani oraz oszukani przez elity władzy. Biedni ludzie wysuwali swoje żądania pod hasłami Zapaty, a na scenie politycznej pojawili się zapatyści ogłaszający powrót do realizacji postulatów rewolucji meksykańskiej.

Emiliano Zapata jest silnie zakorzenionym elementem kultury narodowej, która ma swój wymiar polityczny oraz ludowy. Jest postrzegany jako „założyciel” rewolucyjnego, odmienionego Meksyku, ale także jako obrońca uciśnionych. Jego legenda jest obecna w dyskursie politycznym aż do teraz. Choć nie wszyscy zgadzają się z pozytywną oceną tej postaci, w pamięci zbiorowej Zapata jest bohaterem, który niesie sprawiedliwość.

ERNESTO CHE GUEVARA

 

 19726198

Rysunek Che Guevary na jednym z domów w Las Ovejas, Neuquén, Argentyna, źródło: http:paronamio.com

 

Pochodzący z Argentyny Ernesto Che Guevara walczył u boku Fidela Castro o wyzwolenie Kuby spod reżimu Batisty. Próbował wzniecić rewolucję w Kongo, a potem w Boliwii. Jego postać budzi skrajne opinie. Z jednej strony jest pamiętany jako człowiek, który wszystko poświęcił w imię rewolucji; z drugiej jako współzałożyciel reżimu kubańskiego, który zabijał zwolenników Batisty bez procesów sądowych, a gospodarkę doprowadził do ruiny. Mimo wszystko Ernesto Che Guevara już za życia był legendą. Przekute w mit wspomnienie o  guerrillero żyje wśród ludzi. Odnalezienie po 30 latach jego ciała, (1997 rok) dało nowy impuls do kultywowania jego mitu.

Pamięć o Che znacznie wykracza poza Amerykę Łacińską. Guevara stał się symbolem i inspiracją dla nowych ruchów społecznych o wszelkiej „anty” treści – nowej lewicy, antyglobalistów, a także zbrojnych ruchów oporu i partyzantek. Twarz Che uchwycona przez Kordę na zdjęciu „Guerrillero heroico”(„Heroiczny partyzant”) trafiła do popkultury. „Che t-shirty” czy inne „che-gadżety” na trwałe zagościły w kulturze masowej, choć użytkownicy tychże towarów niekiedy nawet nie wiedzą, kim była przedstawiona osoba. Wszechobecność Guevary sprawia, że wymowa jego postaci staje się niejednoznaczna, a za obrazem guerrillero coraz trudniej odnaleźć konkretne przesłanie.

Ameryka Łacińska oczywiście nie pozostaje z boku światowych trendów – wizerunek kubańskiego rewolucjonisty także i tu wykorzystywany bywa w marketingu oraz włączany w symbolikę nowych ruchów społecznych. Na Zachodzie możemy mówić o falach popularności lub (chwilowym) popycie na wizerunek guerrillero heroico, w Ameryce Łacińskiej stosunek do rewolucjonisty jest głębszy w treści, bardziej emocjonalny i wyrażający się w nieprzerwanej apoteozie Guevary od ponad 40 lat. W całej Ameryce Łacińskiej można znaleźć wizerunki Che w najprzeróżniejszych formach czy miejscach[6]. Obok wyrobów takich jak papierosy, t-shirty, plakaty, loga barów, twarz Geuavary pojawia się często jako motyw tatuaży, muralów, czy graffiti. Paradoksalnie skomercjalizowany Che ma stanowić wyraz buntu, indywidualizmu, wolności czy wyższości ducha człowieka nad materializmem. Odczytanie bywa niejednoznaczne, bo i wizerunek pojawia się w najprzeróżniejszych kontekstach. Mimo wielości interpretacji, postać Ernesto Che Guevara w całej Ameryce Łacińskiej uosabia ducha narodowego wyzwolenia, jest symbolem walki i przykładem poświęcenia człowieka dla idei.

Na Kubie Che to główna postać oficjalnego panteonu bohaterów – rewolucjonistów. Wiele miejsc publicznych i instytucji nosi jego imię. Wielkie mauzoleum w Santa Clara poświęcone jest jego pamięci. Kult Ernesta Guevary nie jest jednak tylko czymś narzuconym przez władze. Dla rzesz mieszkańców wyspy Che symbolizuje czystą ideę walki o sprawiedliwość społeczną i wolność; to, czym mogłaby się stać kubańska rewolucja[7]. Pochodzący z Argentyny guerrillero nie zdążył bowiem skonfrontować swoich idei z rzeczywistością długotrwałych rządów komunistycznych. Rewolucja w jego wydaniu, a więc w swym początkowym okresie, pozostała buntem przeciwko tyrani, snem o wolności i solidarności pomiędzy państwami Ameryki Łacińskiej.

images

Pomnik Che w La Higuera, fot: Augusto Starita.

Stosunek do Guevary niesie w sobie wiele cech kultu religijnego. Sztuka wykreowała i utrwaliła społeczny wizerunek Che jako świętego chrześcijańskiego, czy nawet jako samego Chrystusa Ameryki[8], tzw. Checristo. Luis Correa-Díaz nazywa to zjawisko chrystyfikacją[9] (cristificación) postaci Ernesta Guevary. W zabiegu gloryfikacji podkreślano liczne analogie życiorysu i głoszonych idei pomiędzy Che a Jezusem. Sztuki wizualne wyposażyły guerrillero w przymioty świętości – nimb, koronę cierniową, ukrzyżowanie[10]. Powstanie takiego obrazu współgrało z tradycyjną, specyficzną religijnością ludności południowoamerykańskiej oraz z teologią wyzwolenia, która rodziła się równolegle z okresem działalności Che. Teologia wyzwolenia wykreowała obraz Jezusa z karabinem, dążącego do zrealizowania dla biednych rzesz ludzi nowego sprawiedliwego świata tu i teraz na ziemi. Na wskroś świecka osoba Che Guevary doskonale wpasowywała się w hasła teologii wyzwolenia. Podobnie jak religia katolicka, Che nawoływał do odrodzenia moralnego. Oznaczało to dla niego powstanie „nowego człowieka” ukształtowanego w ogniu rewolucyjnej walki, zdolnego do poświęceń dla innych, odrzucającego egoizm kapitalizmu. W jego doktrynie miłość to wartość, którą powinien posiąść prawdziwy rewolucjonista, pozwala ona bowiem na podjęcie bezinteresownej walki .                                                                                                                                                                                             

Kult postaci Guevary, miesza się z religią, a czasem wręcz z nią konkuruje jako jej świecki substytut. Oczywiście w największym natężeniem tego zjawiska mamy do czynienia na Kubie, gdzie kult Che wspierany jest przez państwo. Specyfikę powiązania tego, co religijne z tym, co rewolucyjne obrazują przemówienia Fidela Castro, w których określał Chrystusa jako wielkiego rewolucjonistę[11].

Najważniejszym wydarzeniem w procesie społecznej sakralizacji Che jest jego śmierć, postrzegana jako męczeńska. Została ona od razu odczytana w kontekście religijnym. Zaangażowanie CIA w poszukiwania oraz uśmiercenie Che Guevary znacząco przyczyniło się do stworzenia latynoskiego męczennika. Pośmiertne zdjęcia guerrillero porównywane były z tradycyjnymi dla katolicyzmu wizerunkiem Jezusa zdjętego z krzyża. Podobno niektórzy z lokalnych mieszkańców oglądających ciało rewolucjonisty mieli ucinać sobie po puklu jego włosów jako swoisty talizman czy relikwie.[12] Na miejscu śmierci Guevary rozwinął się jego kult, gdzie czczony jest jako San Ernesto de la Higuera[13].

Religijną analogię wzmacniał fakt, że przez 30 lat nie znano miejsca pochówku guerrillero. To dało przyczynek do najbardziej nawet nieprawdopodobnych teorii i opowiadań, jakoby Che miał przeżyć i powrócić, choćby w innym wcieleniu, by kontynuować rewolucję[14] I tu znów pojawia się analogia do ewangelicznego zmartwychwstania oraz obietnicy powtórnego przyjścia. Nawet bez takich legend Che dla wielu pozostaje wiecznie żywy, gdyż jego idea, doktryna oraz pamięć o nim przetrwały i są dalej kultywowane.

Guevara stanowi niewyczerpane źródło inspiracji dla sztuki, ponieważ w jego kolorowym życiorysie można odnaleźć zarówno elementy mitu prometejskiego, jak i archetyp odkupiciela człowieka[15]. O Che powstają wiersze, książki, piosenki, filmy; jest on motywem licznych dzieł plastycznych zarówno uznanych artystów jak i amatorów. Dzienniki Motocyklowe[16], najbardziej znany film o Guevarze ostatniej dekady, traktuje o młodzieńczej podróży przyszłego rewolucjonisty po Ameryce Południowej. Ten przychylny obraz pokazuje Ernesto jako szczerego idealistę. Legenda o Che zostaje rozszerzona o wgląd w przedrewolucyjne lata argentyńskiego studenta.

Jednakże, obok pozytywnych obrazów znajdziemy także przykłady dzieł sztuki, które odrzucają mit narosły wokół Che. Estelle Tanca w eseju Fragments of a dream: Che’s image in contemporary Bolivian narrative, analizuje przykłady boliwijskiej literatury współczesnej negatywnie nastawionej do rewolucjonisty i do jego guerrilli[17]. Guevara zostaje w nich zobrazowany jako uosobienie paternalistycznej wobec Boliwijczyków władzy, która nie wierzy, że lud może walczyć sam we własnym imieniu. Che jest pokazany jako zaślepiony socjalistyczną utopią Don Quijot, który oszukuje samego siebie.

David Kunzle[18] podkreśla fakt, że we współczesnej ikonografii Guevara został rozbrojony. Portretuje się go jako głosiciela sprawiedliwości, miłości, pacyfistę, wizjonera. Punkt ciężkości zostaje przesunięty z rzeczywistej, brutalnej rewolucji na walkę duchową; przesłanie odnosi się do przyszłości. Zdjęcia Che przedstawiają zazwyczaj go jako pogodnego, uśmiechniętego człowieka, który kocha swoją rodzinę, swoich towarzyszy.

Międzynarodowa pośmiertna kariera Che to nieporównywalny z niczym fenomen. Postać Che zalała Amerykę Łacińską zarówno w sensie „fizycznym”, jak i niematerialnym. Guevara podtrzymuje romantyczny mit rewolucjonisty – szlachetnego wojownika o wolność i sprawiedliwość. W dyskursie publicznym nie pamięta się o jego ofiarach.

Społeczne postrzeganie postaci zarówno Emiliano Zapaty jak i Ernesta Guevary niesie w sobie wyraźne wspólne elementy, jakim jest niewiara w śmierć bohatera oraz nadzieja na jego przyjście i zaprowadzenie sprawiedliwości. Ten motyw odnajdujemy w mitologiach i legendach różnych kultur na całym świecie. Można na tej podstawie wnioskować, że ci dwaj rewolucjoniści zajmowali niezwykle ważne miejsce wśród swoich społeczności, skoro widziano ich jako ostatecznych wybawicieli. Obaj też stali się obiektem kultu quasi – religijnego, który ma swój specyficzny wymiar w Ameryce Łacińskiej. Pamięć o nich odnosi się do wielu dziedzin życia społecznego. Państwo, choć staje się beneficjentem ich popularności, nie jest w stanie kontrolować ich kultu. Paradoksalnie używani są także jako symbol antypaństwowy. Wraz z upływem czasu Zapata i Guevara stają się reprezentantami coraz to nowych grup, a ich przesłanie nabiera wymiaru coraz bardziej uniwersalnego – buntu przeciwko niesprawiedliwości. Pomimo upływu lat potrafią inspirować i motywować do walki, bo i problemy, przeciwko którym występowali, są nadal aktualne. Pamięć o nich, choć zmienna w formie, pozostaje żywa i emocjonalna. Zapata i Che Guevara są wymownymi symbolami, do których ludzie chętnie się odwołują, zwłaszcza wtedy, gdy potrzeba im osoby-sztandaru, wokół którego się zjednoczą.

Guerrilla latynoamerykańska charakteryzuje się silna podbudową ideologiczną[19], zarówno w wymiarze religijnym, politycznym, jak i społecznym. Od tego, czy konkretne hasła trafią na podatny grunt zależy czy zostanie poparta i jak się ją zapamięta. Silna pozycja przywódcy automatycznie wybija go na symbol ruchu. Rewolucjonista w Ameryce Łacińskiej jest więc typem bohatera, oczywiście pod warunkiem, że zostanie społecznie odróżniony od zwykłych guerrilleros,
a jego cele staną się zrozumiałe i podzielane przez rzesze społeczne. Nic w tym nie pomaga tak bardzo jak zwycięstwo. Tak jak w przypadku Guevary i Zapaty, przemoc i zabijanie towarzyszące rewolucji łatwo odchodzą w niepamięć, a przywódcy szybko obrastają w legendę. W pamięci zbiorowej trwa mit.

 Autor: Natalia Witoń

BIBLIOGRAFIA

Publikacje książkowe:

  1. Gawrycki Marcin F. Kuba i rewolucja w Ameryce Łacińskiej ,Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2004

Artykuły naukowe:

  1. Boyd Lola E., Zapata in the Literature of the Mexican Revolution, “Hispania” 1969 Vol. 52, No. 4 (Dec., 1969), str. 903-910 [dostęp w: http://www.jstor.org/stable/337658, 30/04/2013]
  2. Brunk Samuel, Remembering Emiliano Zapata: Three Moments in the Posthumous Career of the Martyr of Chinameca, “The Hispanic American Historical Review” 1998, Vol. 78, No. 3 (Aug., 1998), str. 457-490 [dostęp w:  http://www.jstor.org/stable/2518332, 30/04/2013]
  3. Correa-Díaz Luis, EL „CRISTO AMERICANO”, ERNESTO „CHE” GUEVARA Y EL „KERIGMA” POPULAR Y POÉTICODE SU RESURRECCIÓN, “INTI” 1999, No. 49/50 (PRIMAVERA 1999 – OTOÑO 1999), str. 255-266. [dostęp w: http://www.jstor.org/stable/23287023, 30/04/2013]
  4. Harris Richard, Reflections on Che Guevara’s Legacy, “Latin American Perspectives” 1998, Vol. 25, No. 4, Che Guevara and His Legacy (Jul., 1998), str. 19-32 [dostęp w: http://www.jstor.org/stable/2633996, 30/04/2013]
  5. Kunzle David, Chesucristo: Fusions, Myths, and Realities” Latin American Perspectives” 2008, Vol. 35, No. 2, Reassessing the History of Latin American Communism (Mar., 2008), str. 97-115 [dostęp w: http://www.jstor.org/stable/27648090, 19/04/2013]
  6. McCormick Gordon H., Che Guevara: The Legacy of a Revolutionary Man, “World Policy Journal” 1997, Vol. 14, No. 4 (Winter, 1997/1998), str. 63-79. [dostęp w: http://www.jstor.org/stable/40209557, 30/04/2013]
  7. Ortega José, Figura Mítica Del Che En Literatua, “Chasqui” 1974, Vol. 3, No. 3 (Mayo – 1974), str. 5-12 [dostęp w: http://www.jstor.org/stable/23213562, 30/04/2013]
  8. Tarica Estelle, Fragments of a Dream: Che’s Image in Contemporary Bolivian Narrativ, „Chasqui” 2003, Vol. 32, No. 2 (Nov., 2003), str. 96-114 [dostęp w: http://www.jstor.org/stable/29741807, 30/04/2013]
  9. Schell William Jr, Emiliano Zapata and the Old Regime: Myth, Memory, and Metod, „Mexican Studies/Estudios Mexicanos” 2009, Vol. 25, No. 2 (Summer 2009), str. 327-365 [dostęp w: http://www.jstor.org/stable/10.1525/msem.2009.25.2.327, 30/04/2013 ]

[1] Brunk Samuel, Remembering Emiliano Zapata: Three Moments in the Posthumous Career of the Martyr of Chinameca “The Hispanic American Historical Review” 1998, Vol. 78, No. 3

[2] Dunn H.H. [za:] William Schell, Jr w eseju Emiliano Zapata and the Old Regime: Myth, Memory, and Method. „Mexican Studies/Estudios Mexicanos” 2009, Vol. 25, No. 2 (Summer 2009), str. 327-365

[3]Brunk  Samuel, Remembering Emiliano Zapata…

[4] Boyd Lola E., Zapata in the Literature of the Mexican Revolution. , “Hispania” 1969 Vol. 52, No. 4 (Dec., 1969), str. 903-910

[5] Tak określa się Emiliano Zapatę.

[6] Correa-Díaz Luis, El „Cristo Americano”, Ernesto „Che” Guevara y el „kerigma” popular y poético de su resurrección. “INTI” 1999, No. 49/50 (PRIMAVERA 1999 – OTOÑO 1999), str. 255-266.

[7] McCormick Gordon H., Che Guevara: The Legacy of a Revolutionary Man, “World Policy Journal” 1997, Vol. 14, No. 4 (Winter, 1997/1998), str. 63-79.

[8] Daniel Toro zatytułował swój wiersz poświęcony Che Cristo americano.

[9] Correa-Díaz Luis, El „Cristo Americano”…

[10] Kunzle David, Chesucristo: Fusions, Myths, and Realities. “Latin American Perspectives” 2008, Vol. 35, No. 2, Reassessing the History of Latin American Communism (Mar., 2008), str. 97-115

[11] Castro Fidel, 1990, [w:] Fidel and Religion: Conversations with Frei Betto. [za:] David Kundle Chesuctisto…

[12]McCormick Gordon H., Che Guevara: …

[13] San Ernesto de La Huigera jest to także często spotykana formuła liryczna odnosząca się do Che rozpropagowana przez Víctora Jara w piosence Zamba del Che.

[14]McCormick Gordon H., Che Guevara: …

[15] Ortega José, La figura mítica del Che en literature, “Chasqui” 1974, Vol. 3, No. 3 (Mayo – 1974), str. 5-12.

[16] Walter Salles, Dzienniki Motocyklowe, Argentyna 2004

[17] Esej ocenia literaturę Renato Prado Oropeza, Jesús Lara, Nestor Taboada Terán, Gustavo Gueirola, Paz Soldán i Siles de Valle

[18] Kunzle David, Chesucristo: …

[19] Gawrycki Marcin F., Kuba i rewolucja w Ameryce Łacińskiej Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2004.

Mara Salvatrucha i Mara 18 to jedne z najbrutalniejszych gangów świata, ich działalność i wzajemne zwalczanie dezorganizuje nie tylko życie Salwadoru, ale także m.in. Stanów Zjednoczonych, Meksyku, Hondurasu, Gwatemali. Są to gangi znane z potwornego okrucieństwa. Aby stać się członkiem jednego z nich trzeba przejść odpowiednie próby wytrzymałości fizycznej i psychicznej – m.in. poddać się biciu przez nie mniej niż 13 sekund, lub zabić członka wrogiej grupy.

Znakiem rozpoznawczym dla członków obu gangów jest to, iż w większości obficie pokrywają swoje ciała tatuażami, także na twarzy, które przedstawiają wydarzenia z ich własnego życia lub znaki charakterystyczne dla jednej z formacji. Przedstawiciele Mary Salvatruchy malują diabelskie rogi, swastyki, sztylety i wulgaryzmy, które stanowią niejako znaki rozpoznawcze gangu. Na plecach często umieszczają symbole swojej „specjalizacji” w ramach grupy; np. granat jest symbolem specjalisty od podkładania materiałów wybuchowych.[1]

1.     Pochodzenie gangów

Oba gangi powstały w Los Angeles, w stanie Kalifornia i zostały założone przez imigrantów. Mara 18, inaczej Gang 18–stej ulicy, sięga swoimi początkami w lat 60. XX w. Stworzyli go młodzi Latynoamerykanie meksykańskiego pochodzenia, którzy byli nękani prześladowaniami przez lokalne grupy przestępcze. Początkowo meksykańskie gangi chroniły swoje dzielnice, a atakowani byli tylko ludzie spoza nich. Sytuacja uległa zmianie, gdy w latach 70. i 80. XX w. do Los Angeles przybyła nowa fala imigrantów. Wzrosła wówczas liczba walczących ze sobą grup przestępczych, a w szeregach Mara 18 zaczęto akceptować nie tylko Meksykanów, ale także innych Latynoamerykanów, zaś ofiarami gangów stali się także właściciele sklepów oraz zwykli mieszkańcy, w tym kobiety i dzieci[2].

Lata 1980 – 1992 to dla Salwadoru zawzięta wojna domowa, która pochłonęła więcej niż 70 tysięcy ofiar. Wszechobecna przemoc, brak pracy, gospodarka w złym stanie spowodowały masową emigrację ponad miliona Salwadorczyków. Pomiędzy 1984 a 1992 rokiem większość z nich osiedliła się  w Los Angeles i w Waszyngtonie. Część z nowoprzybyłych migrantów była związana z gangami już w Salwadorze. Wielu imigrantów nie posiadał dokumentów, liczni doznawali szoku kulturowego, próbując zaklimatyzować się w nowym środowisku. Co więcej, często nie byli oni akceptowani przez istniejącą tam już latynoamerykańską społeczność. Poczucie wyobcowania popychało Salwadorczyków w kierunku gangów. Większość z nich dołączyła do najliczniejszego w owym czasie – Mara 18. Odnalezienie się w przestępczym środowisku dało im odwagę, by przekonać niektórych członków Mara 18 do przyłączenia się do nowo stworzonego gangu Mara Salvatrucha (1985–1988 r.). Nowa grupa szybko się rozrastała, zapewniała ochronę, kontakty dla nowo przybyłych imigrantów. Od początku lat 90. XX w. Mara Salvatrucha była tak silna, by podporządkowywać sobie różne dziedziny życia, zajmowały się zastraszeniami i wyłudzeniami od handlarzy oraz od pozostałych mieszkańców. Nie panowały żadne zasady, poza jedną najważniejszą – wygrywa ten kto jest silniejszy, ten kogo ludzie bardziej się boją. Wobec powyższego Latynoamerykańskie gangi miały w latach 1980 – 1990 duży wpływ na jakoś życia wielu Kalifornijczyków.[3]

2.     Wojna gangów w Salwadorze

W Salwadorze ciągle toczy się walka pomiędzy dwoma wrogimi gangami Mara Salvatrucha i Mara 18. Wojna domowa zakończyła się wprawdzie w 1992 r., uchodźcy powrócili ze Stanów Zjednoczonych do ojczyzny, jednak od tej pory trwa krwawy konflikt między gangami. Migranci przenieśli wzorce amerykańskie na podatny grunt –  do kraju o wyjątkowo trudnej sytuacji gospodarczej i wysokich wskaźnikach bezrobocia.[4]

W związku z tym, że ciała gangsterów są obficie pokryte tatuażami, pokazywanie się w obcej dzielnicy jest bardzo ryzykowne. Łatwa identyfikacja członka konkretnego gangu niesie ze sobą realną groźbę śmierci, często w odwecie za inne ofiary. Pojawienie się w niewłaściwym miejscu jest tym bardziej prawdopodobne, że wrogie dzielnice są położone są niedaleko od siebie, czasami dzieli je tylko pięć minut drogi.

Gangsterzy mówią o swoich przeciwnikach z ogromną nienawiścią, lecz wydaje się, że jest ona powodowana głównie tym, że należą do innej dzielnicy. Wojna Salvatruchy i Osiemnastki to samonakręcająca się spirala nienawiści, której żadna strona konfliktu nie ma ochoty zakończyć. Członkowie wrogich grup nie trafiają już do tych samych więzień, gdy zostaną schwytani, gdyż brutalność jaka w nich panowała, była zatrważająca.[5] Więzienia w Salwadorze przypominają getta, strażnicy znajdują się tylko przy wejściu.

Nie do końca jasne są działania strony rządowej w obecnej sytuacji. Wprowadzony został program o nazwie Mano Dura, którego głównym zadaniem jest zredukowanie przemocy gangów poprzez aresztowania nawet za wygląd (tatuaże, ubiór), a także za sam fakt przebywania z gangsterami. Program jest określany jako „prawo żelaznej ręki” i skupia się na więzieniu przestępców oraz podejrzanych, lecz zupełnie nie kładzie nacisku na ich resocjalizację. Istnieje zaledwie jeden ośrodek, który zajmuje się resocjalizacją kobiet. Członkinie obu gangów przebywają tam razem i zajmują się nauką zawodu. Ich twarze pokryte są tatuażami, które najczęściej zostały im zrobione za karę, gdy nie chciały przystąpić do jednej z grup.

Jednym z głównych zajęć, jakie przypisuje się powszechnie gangsterom jest handel narkotykami. Działania władz w celu  zapobieżenia tej działalności są zadziwiające. Akcje policyjne przeprowadzane są często przy licznej obecności mediów, co nie powinno mieć miejsca, gdyż łatwo jest wtedy spłoszyć podejrzanych, a także nieświadomie ich ostrzec. Nieżyjący już salwadorski działacz społeczny o światowej sławie –  Leonel Gómez – wypowiadając się na temat handlu narkotykami w Salwadorze, zwracał uwagę na to, że gdyby to gangi trudniły się tym przestępstwem, ich członkowie żyliby w zdecydowanie lepszych warunkach, a przecież poziom ich życia w zdecydowanej mierze jest bardzo niski. Gómez wysunął jednocześnie śmiałą tezę, iż w rzeczywistości to rząd stoi za handlem narkotykami, wojna domowa służy zaś jako temat skutecznie odwracający uwagę od faktycznego przemytu kokainy.[6]

3.       Gangi w Stanach Zjednoczonych

Działalność Mara Salvatrucha i Mara 18 stanowi ogromny problem nie tylko dla Salwadoru, ale także dla Stanów Zjednoczonych. Samą Mara Salvatrucha uważa się za drugie największe zagrożenie dla Ameryki zaraz po Al – Kaidzie. Liczbę członków obu grup przestępczych w USA szacuje się obecnie na ok. 50 tysięcy osób, a ich obecność odnotowuje się w ponad 40 stanach. Rząd amerykański wprowadził wprawdzie politykę zmuszającą do emigracji członków grup przestępczych, lecz wielu z nich powróciła do kraju nielegalnie. Deportacje nie odniosły pozytywnego skutku, wręcz przeciwnie pomogły gangom się rozprzestrzeniać. W latach 2005 – 2010 zatrzymano ok. 3 tysiące gangsterów. W ostatnich latach Kongres przeznaczył 100 milionów dolarów, by zapobiec rozwijaniu się transnarodowych gangów.[7]

 Wielu specjalistów uważa, że Mara Salvatrucha to już najgroźniejszy gang na świecie, który przyćmił znaczenie starszych organizacji przestępczych, takich jak Crips i Bloods, których liderzy poprosili nawet amerykańską policję o ochronę. Mara Salvatrucha zajmuje się wszelkimi formami działalności przestępczej, od handlu narkotykami i bronią, przez przemyt ludzi, kradzieże, pobicia, aż po zabójstwa, w tym także na zlecenie. Gangsterzy należący do tej formacji charakteryzują się niezwykłą brutalnością – z zimną krwią zabijają ludzi, ćwiartują ciała i zostawiają w miejscach ogólnodostępnych, aby wzbudzić strach wśród mieszkańców swych dzielnic. Używają do tego nie tylko broni palnej, ale też noży, kijów baseballowych, a nawet maczet. W biały dzień, z bronią w ręku, dokonują też włamań do domów, kradzieży samochodów, porwań czy gwałtów.[8]

Największy problem z działalnością przestępczą Mary Salvatrucha istnieje w mieście narodzin wspomnianych grup – Los Angeles, gdzie obszar jej aktywności obejmuje aż 10 km2.Aby kontrolować swoje terytorium, gang równie często odwołuje się do metod wzbudzających strach, czego wyrazem są np. bardzo liczne graffiti, jak i do samej przemocy. Obszar zdominowany przez Mara Salvatrucha podzielony jest na mniejsze, tzw. kliki, które obejmują około kilkanaście bloków. Członkowie gangu wstępują w jego szeregi nawet w wieku 9 lat, i już wtedy dostają swoje pierwsze zlecenia zabójstw. Każdy biznes działający na obszarze zdominowanym obecnością grup przestępczych, także ten narkotykowy, musi płacić haracz w zamian za „ochronę”. Same gangi także zajmują się handlem narkotykami, a także np. czarnym rynkiem usług seksualnych, gdzie aktualnym liderem w Los Angeles pozostaje MS-13W.

Jak wspomniałam wyżej, działalność Mara Salvatrucha nie ogranicza się jednak tylko do terytorium Los Angeles, ale znacznego obszaru Stanów Zjednoczonych, łącznie ze stolicą kraju – Waszyngtonem. W czerwcu 2003 roku właśnie tam w rzece znaleziono ciało siedemnastoletniej, okaleczonej Brendy Paz, która była członkinią gangu od 13 roku życia. Gdy ją zabito była w ciąży. Wcześniej współpracowała z wymiarem sprawiedliwości i informowała na temat działalności Mary Salvatruchy. Niestety jej „gangsterska rodzina” dowiedziała się o poczynaniach dziewczyny i wymierzyła sprawiedliwość. Trzeba podkreślić, że mało kto z członków gangu decyduje się na współprace z policją, Brenda była w tym względzie wyjątkowa. Mówiła jakiej broni używają członkowie gangu, skąd i jak ją zdobywają, w jaki sposób odbywa się handel narkotykami. Wszystkie te informacje stanowiły cenne wskazówki dla śledczych. FBI starało się zapewnić Brendzie doskonałą ochronę, lecz nie mogło jej uchronić przed samą sobą. Dziewczyna zamiast urwać kontakty z gangsterami urządziła dla nich przyjęcie, podczas którego przeczytali oni jej pamiętnik, opisujący współpracę dziewczyny z policją. Ludzie, którzy zostali wytypowani do zamordowania Paz, byli także jej przyjaciółmi.[9]

Aktualna strategia Prezydenta Baracka Obamy dotycząca transnarodowych sieci kryminalnych polega na ograniczaniu ich siły ekonomicznej poprzez stosowanie szeregu sankcji, takich jak zamrażanie aktyw, czy zakaz używania krajowych systemów finansowych. David Cohen – podsekretarz ds. terroryzmu i wywiadu finansowego, stwierdza iż: „Mara Salvatrucha jest niezwykle brutalnym i niebezpiecznym gangiem, odpowiedzialnym za niezliczoną ilość przestępstw, które bezpośrednio wpływają na dobrobyt i bezpieczeństwo Amerykanów i obywateli Ameryki Środkowej. Ten wskaźnik pozwala nam karać partnerów, którzy popierają Marę Salvatruchę i dostarczać dodatkowe narzędzia, służące przestrzeganiu prawa.”[10]

Mara Salvatrucha i Mara 18 to bez wątpienia jedne z najniebezpieczniejszych amerykańskich gangów, które wciąż dynamicznie się rozwijają. Sprawę komplikuje fakt, iż działają one w wielu krajach Ameryki Północnej i Środkowej. Niestety nie brzmią optymistycznie wieści dotyczące działań rządów, które wypowiedziały wojnę tym grupom przestępczym. Polityka USA w tym względzie przypomina „zamiatanie problemów pod dywan”. Chcąc pozbyć się gangsterów Stany Zjednoczone deportują ich do krajów pochodzenia, co powoduje eskalację działalności gangów w Ameryce Środkowej, a co więcej nie powstrzymuje przed powrotem na teren Stanów Zjednoczonych. Skoro formacje te mają charakter transnarodowy, wydaje się, że najlepszym rozwiązaniem pozostaje międzynarodowa współpraca między policją krajów dotkniętych przestępczą działalnością gangów.

 Autor: Aleksandra Błaszczyk

Bibliografia:

Filmografia:

  • Explorer: World’s Most Dangerous Gang, film dokumentalny, National Geographic, http://www.youtube.com/watch?v=uFGvPnvhXUU
  • Philipson A, Ross Kemp on Gangs, film dokumentalny, Wielka Brytania, 2006-2008
  • Poveda C., La Vida Loca, film dokumentalny, Francja, Hiszpania, Meksyk, 2008

Przypisy:


[2] A. Valdez, The Origins of Southern California Latino Gangs, [w:] T. Bruneau, L. Dammert, E. Skinner (red.), Maras: Gang Violence and Security in Central America, University of
Texas Press, 2011, s. 24.

[3] A. Valdez, The Origins…, [w:] op. cit., s.26.

[4] C. Poveda, La Vida Loca, Francja, Hiszpania, Meksyk, 2008.

[5] Podobno miał miejsce incydent, gdzie członkowie Salwatruchy grali w piłkę nożną głową jednego z zabitych członków Mara 18.

[6] A. Philipson, Ross Kemp on Gangs, Wielka Brytania, 2006-2008.

[8] Najgroźniejsze mafie świata, op. cit.

[9] Explorer: World’s Most Dangerous Gang, National Geographic, http://www.youtube.com/watch?v=uFGvPnvhXUU, dostęp: kwiecień 2013.

[10] U.S.: Mara Salvatrucha among world’s most dangerous groups, http://infosurhoy.com/cocoon/saii/xhtml/en_GB/newsbriefs/saii/newsbriefs/2012/10/12/newsbrief-01, dostęp: kwiecień 2013.

 1.      Wstęp

Przestępczość zorganizowana jest ogromnym problemem w sferze bezpieczeństwa narodowego oraz międzynarodowego. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie jest pojęciem łatwym do zdefiniowania, choć wiele zostało powiedziane na temat tego problemu zarówno naukowo i definicyjnie, jak również fabularnie, w wymiarze popkultury. Czy nie mam racji stawiając tezę, która mówi, że właściwie każdy dorosły człowiek (a często nawet niekoniecznie dorosły) żyjący w strefie wpływów kultury zachodniej zetknął się z dziełami traktującymi na temat zorganizowanej przestępczości? Przecież książki, filmy, a nawet gry komputerowe opowiadające o gangach, przestępcach, przemytnikach, czy w końcu mafii przez duże „m” są powszechnie dostępne i cieszą się ogromną popularnością w przeróżnych kręgach i wśród ludzi o różnych gustach[1]. Nie wspominając już – co akurat przykre – o reportażach, czy po prostu doniesieniach medialnych na temat czynów zabronionych, popełnianych przez grupy ludzi, które organizują i gromadzą się w celach przestępczych. Przecież nawet w Polsce, w której – wbrew powszechnym opiniom – mafii jako takiej nigdy nie było, mieliśmy i mamy duże problemy ze zorganizowanymi działaniami przestępczymi głównie od połowy lat 90. XX wieku oraz na przełomie wieków. „Baranina”, „Pershing”, „Malizna” to pseudonimy, które wszyscy znamy.

W Stanach Zjednoczonych natomiast przestępczość zorganizowana działa bardzo prężnie, jest ugruntowana w kulturze i ma bardzo bogatą historię oraz zasięg działalności, może nawet w stopniu wyższym niż gdziekolwiek indziej. Owszem, można polemizować z tym stwierdzeniem stawiając za przykład Bałkany czy Rosję, ale należy pamiętać o powierzchni USA, gęstości zaludnienia, silnej migracji wewnętrznej i zewnętrznej oraz zróżnicowaniu społecznym zarówno ze względu na pochodzenie etniczne, jak i poziom życia. Swoje robią również bliskość państw Ameryki Południowej, głównie oczywiście Meksyku, oraz mit „amerykańskiego snu”, który bywa interpretowany bardzo różnie.

2.      Zorganizowana przestępczość w USA

Amerykańska definicja przestępczości zorganizowanej wywodzi się z badań Komisji Specjalnej do spraw Stosowania Prawa i Wymiaru Sprawiedliwości (The Commision on Law Enforcement and Administration of Justice) powstałej z inicjatywy prezydenta Lyndona Johnsona w 1966 roku (wraz z modyfikacjami z roku 1990)[2]. Raport tej komisji mówi,  że zorganizowane struktury przestępcze działają celowo i zmierzają do maksymalizacji zysków. Ich działalność obejmuje m.in. hazard, lichwę, produkcję i obrót narkotykami, czy przestępstwa związane z prostytucją. Dodać należy powszechne kamuflowanie nielegalnej aktywności pod przykrywką przedsięwzięć w pełni legalnych. Przestępczość zorganizowana charakteryzuje się złożoną strukturą i długofalowym planem działania (innymi słowami, grupa przestępcza praktycznie nigdy nie nastawia się na dokonanie pojedynczego czynu zabronionego) oraz nielegalnym dążeniem do jak największych dochodów – nie stroniąc przy tym od przemocy.[3] Co ciekawe, w USA nielegalna (na podstawie ustawy o zwalczaniu przestępczości zorganizowanej z 1970 roku) jest już sama zmowa przestępcza (conspiracy)[4] i już za nią skazywani są członkowie grup przestępczych. Dodatkowo oczywiście, oskarżenia obejmują też konkretne przestępstwa, będące wynikiem tej zmowy. Podstawowe kryteria, którymi charakteryzuje się przestępczość zorganizowana, to między innymi: zaspokajanie potrzeb społeczeństwa w sferach zabronionych przez państwo, maksymalizacja zysków przy minimalizacji ryzyka oraz kosztów i nakładu pracy, wzajemne zespolenie i poczucie przynależności, podział ról w grupie, postępująca specjalizacja, przestrzeganie zasad grupy i lojalność, stosowanie przemocy oraz często międzynarodowy charakter.

W Stanach Zjednoczonych można obserwować działalność wielu różnych zorganizowanych grup przestępczych. Najpopularniejszą jest wywodząca się z Włoch cosa nostra („nasza sprawa”), czyli właśnie amerykańska mafia. Swoimi początkami sięga ona jeszcze XIX wieku, kiedy to włoscy imigranci (głównie Sycylijczycy) padali ofiarą swoich rodaków, działających w ramach grupy przestępczej o nazwie Czarna Ręka[5]. Aktywność Czarnej Ręki koncentrowała się na zbieraniu haraczy od włoskich Amerykanów, którzy w większości byli ludźmi przedsiębiorczymi i prowadzili liczne sklepy oraz lokale w wielu miastach USA. Donem, przywódcą Czarnej Ręki, był inteligentny, ale nie posiadający skrupułów, Vito Ferro[6]. Z czasem działalność Czarnej Ręki stała się powszechna. Coraz więcej Włochów,  którzy przybyli do USA w celach bynajmniej nie uczciwego zarobku, zaczęło tworzyć bardziej formalne struktury. W „biznesie” działały całe rodziny, stąd określenie „rodzina mafijna”. Gdy w 1920 roku weszła w życie 18. poprawka do Konstytucji[7] zabraniająca produkcji, sprzedaży i spożywania alkoholu, na silną już grupę mafiosów w Ameryce, zadziałało to jak czerwona płachta na byka. Aktywność mafii skupiła się właśnie na tej sferze interesów, co pozwoliło obywatelom wyrobić sobie względnie pozytywną opinię na jej temat (należy pamiętać, że w czasach prohibicji popyt na nielegalny alkohol był ogromny). Z pewnością można uznać, że mafia w tamtym okresie stała się więc czymś powszechnym. Od tamtego czasu minęło wiele lat, ale zjawisko mafii jest wciąż obecne. Choć teraz działalność mafii skupia się głównie na obrocie narkotykami[8], postępowanie jej członków uległo brutalizacji, a sami mafiosi rzadziej ubierają się w garnitury niż ich odpowiednicy z lat 30. i 40. XX wieku, to wciąż istnieje, znanych nam z „Ojca Chrzestnego”, pięć nowojorskich rodzin (obecnie te rodziny to: Genovese, Gambino, Lucchese, Bonanno i Colombo) oraz ogólnonarodowa Komisja (w skład której wchodzi 5 nowojorskich rodzin oraz tzw. Chicago Outfit, niegdyś rządzony przez Ala Capone[9]). Choć prymitywniejsi, niż kiedyś, gangsterzy ci wciąż trzymają się pewnych sztywnych zasad, tak zwanych 10 przykazań[10]. Reguły te, tworzą pewnego rodzaju mit, który powiązany jest z renomą i klasą ludzi, będących przecież wciąż zwykłymi przestępcami.

Poza znaną wszystkim, skądinąd amerykańską, cosa nostrą, na terenie USA działają (lub/i działały) też inne organizacje przestępcze, nierzadko groźniejsze, niż wyżej opisana[11]. A wśród nich na przykład, mające wpływy w całych Stanach, gangi Bloods i Crips (założone na przełomie lat 60. i 70. XX wieku w Kalifornii uliczne grupy składające się głównie z czarnoskórych mieszkańców kraju), kartele narkotykowe z Ameryki Łacińskiej, Black Mafia Family (brutalna organizacja skupiająca się na rozprowadzaniu narkotyków), Dixie Mafia (południowa część kraju), czy mafie z innych krajów, tj. Rosja, Irlandia, Japonia, Chiny, a nawet Kosher Nostra, czyli żydowska mafia, którą niegdyś rządził znany Meyer Lansky. Pamiętajmy, że obecne czasy, to już nie jest okres prohibicji alkoholowej i dobrze ubranych Donów z cygarem w ręku. Przeciętnym obywatelom zorganizowana przestępczość bardzo rzadko kojarzy się pozytywnie.

3.      Przeciętny Amerykanin a problem zorganizowanej przestępczości

Dość wąskiej, aczkolwiek zróżnicowanej grupie amerykańskich obywateli, udało mi się zadać kilka pytań dotyczących omawianego problemu. Ich odpowiedzi – ku mojemu zaskoczeniu – są bardzo przemyślane. Respondenci nie odpowiedzieli na nie lekceważąco, a ich opinie okazały się w dużej mierze nie tylko bardzo budujące, ale również w zwykły, ludzki sposób interesujące. Dwóch moich respondentów mieszka w stanie Michigan – Jim ma 21 lat i jest studentem z małego miasteczka w tymże stanie, Victor natomiast gra w rockowym zespole, mieszka w Detroit i ma 38 lat. Preston z Arkansas jest byłym żołnierzem, ale dalej pracuje w służbach, ma 30 lat. 22-letni David z Connecticut jest studentem. Robert ma 36 lat i pracuje w korporacji, mieszka w Texasie. Todd ma lat 47, jest drwalem, żyje w Vermont, choć część życia spędził w Montanie.

Czy kiedykolwiek byłeś świadkiem lub słyszałeś o jakiejkolwiek organizacji przestępczej (lub przestępstwach przez nią popełnionych) w mieście, w którym mieszkasz? Jeśli tak, co to było (może być to wspomnienie nawet z dalekiej przeszłości)?

Trzech moich respondentów, w tym dwóch z Michigan, odpowiedziało na to pytanie przecząco (co dziwne, biorąc pod uwagę opinie na temat przestępczości w Detroit), co najwyżej było im dane spotkać dilerów narkotykowych, czyli przestępców najniższego szczebla, którzy ze zorganizowaną przestępczością mają niewiele wspólnego. Respondent z Connecticut przyznał, że żyje niemal w bajkowej okolicy, gdzie o takich rzeczach nie ma mowy, a największą sensacją był 10 lat temu aktywny członek Ku Klux Klanu, który agitował na rzecz segregacji rasowej. Zdecydowanie ciekawsze historie do opowiedzenia mieli Preston, Robert i Todd. Ten pierwszy często spotyka się z przestępczością ze względu na specyfikę swojej pracy. Pomijając kwestię zabójstwa na zlecenie, ma dużo do powiedzenia na temat działalności Cripsów i Bloodsów w USA: „Doszło do tego, że w ich strukturach są naprawdę młodzi ludzie, dzieci, które są uczone jak być przestępcą. Gang-banging, narkotyki, walka z innymi bez konkretnego powodu, napady z bronią w ręku (i bez niej), zabójstwa, te dzieciaki są uczone etyki i wartości przez kolegów z gangu, zamiast przez rodziców. W ten sposób trend przechodzi na ich potomstwo w przyszłości… jeśli dożyją, żeby je mieć”. Mój rozmówca twierdzi, że widział zarówno 70-letnich jak i 11-letnich członków tych gangów. Uważa, że prawo nie przewiduje wystarczających konsekwencji i że nie odstrasza tak jak powinno. Czy nie widzimy tego samego w Polsce, gdzie za pobicie i zabójstwo bezdomnego dostaje się wyrok w zawieszeniu? Robert z kolei przyznał, że jako były motocyklista miał styczność z gangami motocyklowymi działającymi pod parasolem Bandidos MC (międzynarodowa grupa przestępcza), które dumnie chwalą się tym, że jako wyjęci spod prawa są jednym procentem motocyklistów, ale pozostałym 99-ciu procentom robią przez to bardzo negatywną opinię. Robert nie widział jednak na własne oczy przestępstw popełnianych przez tych ludzi. Todd natomiast podzielił się ze mną historią, która zdeklasowała wszystkie pozostałe: „Gdy przeprowadziłem się do Montany, był tam gość, nazywał się Al Luciano. Miał mnóstwo forsy, miał mnóstwo posiadłości, kilka z nich na naprawdę dalekich przedmieściach. Musiałbyś znać okolicę, żeby uświadomić sobie jak dalekie te przedmieścia były, ale powiedzmy, że z miasta jechało się tam godzinę, a wokół był tylko las. W każdym razie, miał tam bardzo ładny dom. Miał „przyjaciół” z Nowego Jorku, którzy przyjeżdżali i pomieszkiwali tam po dwa, trzy miesiące. Okazało się, że jego wujkiem był „Lucky” Luciano, gruba ryba w gangsterskim świecie Nowego Jorku połowy wieku XX. Jak łatwo się domyślić, to byli goście poszukiwani przez policję. Zostawali u niego, dopóki sprawy nie ucichły, potem wracali do domu. A sam Al był bardzo w porządku. Mój tata kumplował się z nim, więc miałem okazję go dobrze poznać. Był zwykłym gościem, ale wiadomo było, że w każdej chwili mógł zadzwonić po „kolegów” jeśli by zaszła taka potrzeba.”. Co ciekawe, w Internecie można znaleźć informacje na temat pana Luciano, który biorąc przykład z wujka (choć nie aż tak drastycznie), dawał się we znaki policji w Montanie.

Jak często (jeśli w ogóle) słyszysz o zorganizowanej przestępczości w Twoim kraju w mediach?

Tu moi rozmówcy byli zgodni – dosłownie każdy z nich przyznał, że dzieje się to bardzo rzadko, dosłownie parę razy do roku. Jedynie w sytuacjach większych sukcesów FBI lub na południu USA, gdzie we znaki dają się meksykańskie kartele.

Jak w twojej opinii wygląda obecna sytuacja dotycząca wojny państwa ze zorganizowaną przestępczością?

Victor stwierdził, że zorganizowana przestępczość była, jest i będzie. Nie bardzo wierzy, że da się z nią wygrać. Podobną opinię słyszę od Prestona, ale on dodaje jeszcze, że należy pamiętać o służbach, które robią, co tylko mogą. Podobnie twierdzą Robert i Todd, sugerując, że dużym problemem są strach przed zeznawaniem i anonimowość, za którą ukrywają się członkowie grup przestępczych. System Ochrony Świadków również został wspomniany, jako jeden ze sposobów na zachęcanie ludzi do pomocy służbom. David odwołał się do trwającej w Stanach war on drugs, podkreślając, że tak długo jak rząd nie będzie starał się  poprzez edukację obywateli zmniejszać popytu na narkotyki, tak długo zawsze znajdzie się ktoś skłonny zaryzykować przemyt/handel, a to przecież napędza zorganizowaną przestępczość.

Jak widzisz zorganizowaną przestępczość i jej członków historycznie i współcześnie? Czy myślisz, że ich działania mogą (lub mogły w przeszłości) być uzasadnione na przykład przez politykę państwa lub specyficzną sytuację (np. prohibicja)?

Poza wywrotową odpowiedzią Victora, który stwierdził, że tak długo, jak nie dotyka ona przeciętnego obywatela, to on popiera przestępczość zorganizowaną, każdy z respondentów przyznał, że jest to trudne pytanie. David twierdzi, że nic nie usprawiedliwia przemocy, że są lepsze sposoby na zademonstrowanie obywatelskiego nieposłuszeństwa, niż przestępstwa. Przyznał jednak, że wszystko zależy od punktu siedzenia, dając za przykład syryjskich wywrotowców, którzy z punktu widzenia rządu są zorganizowani i są przestępcami, a przecież walczą o wolność. Podobna jest opinia Roberta, który dodaje, że to zwycięzcy piszą historię i nierzadko w historii, po latach przestępstwa nazywane zostawały czynami heroicznymi. Daje za przykład początek amerykańskiej państwowości i opieranie się Koronie Brytyjskiej. Jim uważa, że prawo jest po to, aby go przestrzegać i że ani motywy polityczne, ani ładne garnitury w przeszłości nie powinny usprawiedliwiać uprawiania gangsterki. Todd zgadza się z poprzednikami, dodając na marginesie, że państwo powinno bardziej zająć się wewnętrznymi problemami bezpieczeństwa, a nie tym, co dzieje się na Bliskim Wschodzie. Każdy z respondentów twierdzi, że prohibicja była beznadziejnym pomysłem.

W Stanach jest dość duży współczynnik przestępczości, co według Ciebie jest największym zagrożeniem dla przeciętnego obywatela w kwestii przestępczości?

Czworo moich respondentów przyznało, że wszelkiego rodzaju kradzieże, rabunki i napady (wszystkie określane jako petty crimes, czyli przestępstwa o niskiej szkodliwości). Ponadto narkotyki, brak edukacji w sferach samoobrony prewencyjnej i ogólnego unikania stania się ofiarą. Co ciekawe, również kradzież tożsamości, która uważana jest za ogromne zagrożenie w XXI wieku, pojawiła się jako jedna z odpowiedzi.

4.      Podsumowanie

Media milczą na temat zorganizowanej przestępczości w USA. Czy dzieje się tak przypadkowo, czy może faktycznie kraj ten ma poważniejsze problemy w sferze bezpieczeństwa? Trudno odpowiedzieć na to pytanie, niewątpliwie wojna z terroryzmem to temat numer jeden, ale czy to oznacza, że zorganizowanej przestępczości nie ma, nie jest groźna? Jest to raczej wątpliwe. Dobrze jednak, że nie jest to główny problem spędzający sen z powiek obywatelom, tak jak było to kiedyś. Dobrze, że obywatele czują się względnie bezpieczni, a za największe zagrożenia uważają przestępstwa niskiej kategorii. Bardzo źle natomiast, że ludzie stają się przestępcami w tak młodym wieku. Bardzo źle, że prawo przestaje odstraszać przestępców. Jest to chyba problem globalny. Często poruszana kwestia narkotyków jest również problemem o skali. Przemysł narkotykowy napędza machinę zorganizowanej przestępczości w USA i na całym świecie. Czy jest to powód, aby przyjrzeć się bliżej polityce narkotykowej i panującym na świecie trendom w tej dziedzinie? Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. A problem sam w sobie byłby świetnym materiałem na niejeden artykuł pokroju niniejszego.

Autor: Aleksander Kicior

 

Przypisy:

[1] Kusion M. Kryminologiczna analiza filmowych wizji przestępczości zorganizowanej,[w:] „Apeiron” – zeszyt naukowy nr 5 Wyższej Szkoły Bezpieczeństwa Publicznego i Indywidualnego w Krakowie, Kraków 2011, s. 65-115

[2] Mądrzejowski W. Przestępczość zorganizowana: systemy zwalczania, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2008, s. 32.

[3] Tamże, s. 31-32

[4] Tamże, s. 32

[6] Tamże

[10] Ten Commandments of the Mafia, film Discovery, 2004 r.

[11] http://en.wikipedia.org/ [6.05.2013r.]

 

Bibliografia: