Tag Archive: Stany Zjednoczone


Dwadzieścia jeden procent Amerykanów wierzy w słynny incydent w Roswell (Nowy Meksyk) z 1947 – w to, że rozbiło się tam UFO (czy jak kto woli NOL) i w zatuszowanie tego przez rząd; ponad dwanaście i pół miliona obywateli twierdzi, że tzw lizard people chcą przejąć władzę w kraju; czternaście procent uważa, że Wielka Stopa istnieje, a piętnaście, że rząd Stanów Zjednoczonych kontroluje umysły ludzi przy pomocy środków masowego przekazu, takich jak telewizja.[1][2]

Amerykanie mają tendencję do wierzenia w teorie spiskowe i są świetni w tworzeniu coraz nowszych. Potrafią podważyć osiągnięcia własnego kraju, takie jak lądowanie na Księżycu, oraz otwarcie twierdzić, że zostali porwani przez kosmitów (dziękujemy, Z Archiwum X, dziękujemy). Trudno powiedzieć, gdzie należy się doszukiwać pociągu tego narodu do niewiary we własny rząd czy fascynacji zjawiskami paranormalnymi.

Lets just say I want to believe[3]

i want to believePowstała już niezliczona ilość filmów i seriali o przybyszach z kosmosu – czasami o tych mających jak najbardziej pokojowe zamiary (E.T.), a czasami o tych mniej przyjaznych (V: Goście; Defiance). Pytanie jakie  możemy sobie postawić w związku z tym brzmi, skąd u Amerykanów tak wielka wiara w życie pozaziemskie? Skąd w społeczeństwie, które przez lata utwierdzało się w swojej wyjątkowości, misji zbawienia świata, pojawia się myśl o kosmitach? – a zakładamy, że skoro już tu przybyli, to raczej mimo wszystko nie są pokroju kultowego podopiecznego Spielberga. Skoro Amerykanie tak bardzo wierzą w swoją potęgę, to dlaczego wciąż tworzą postapokaliptyczne obrazy, w których pozaziemskie cywilizacje – inteligentniejsze, po tysiąckroć bardziej zaawansowane technicznie, posiadające zdolności dla nas niepojęte – niszczą ich potęgę, przejmują władzę, mieszają w umysłach, a w końcu zabijają (we własnym przekonaniu wyświadczając nam przysługę). A pamiętać trzeba – jak sam we wstępie do swojej książki pisze Jerzy Domański[4] – że temat jest jedną z najbardziej pasjonujących zagadek.

Zacznijmy od tego, że musimy się pozbyć wyobrażeń o kosmitach jako o małych zielonych ludzikach. To tylko wizerunek sprzed lat, bardzo często do dziś promowany szczególnie jeśli chodzi o artykuły dziecięce (tak, na przykład witaminy Marsjanki). Kosmici od dawna przybierają kolor raczej szary, albo przyjmują postać jaszczuro-podobnych istot. Raczej nie znajdziecie innych opisów. Latające spodki owszem, wciąż funkcjonują, wielkie ciemne oczy wciąż hipnotyzują, a badania przeprowadzane na porwanych homo sapiens wciąż są bolesne. Porwani opowiadają o lewitacji, o widzeniu kolorowych świateł, o wyczuwaniu czyjejś obecności, o latających obiektach, czasami podobnych do talerzy.

Inni opowiadają o Strefie 51 położonej nad jeziorem Groom w Nevadzie i o teoriach dotyczących przetrzymywania w tej jednostce statku kosmicznego (oraz ciał kosmitów), który rozbił się w Roswell, o samolocie Aurora czy o Bobie Lazarze, który rzekomo pracował w strefie 51, gdzie rozpracowywał sposób działania czterech statków kosmicznych. Oprócz tego Lazar podawał się między innymi za absolwenta takich uczelni jak MIT. Jednak w żadnej ze szkół o nim nie słyszano. Właściwie Lazar pojawił się znikąd, opowiada historie, których nikt nie może potwierdzić, a nawet badania wariografem nie dały jednoznacznych wyników co do jego historii.[5]

Jednak ze wszystkich teorii czy wszystkiego co narosło wokół UFO, najciekawsze wydają się być rzekome porwania. Nie byłyby prawdopodobnie niczym niezwykłym, w końcu na świecie trafia się wielu „lunatyków”. Jednak należy tutaj wspomnieć o tym, że wśród osób zainteresowanych tą sprawą (a czasami nawet doświadczonych taką sytuacją) są nie tylko „szarzy obywatele” ale naukowcy, przedstawiciele inteligencji. Podczas corocznego spotkania „grupy wsparcia dla osób porwanych przez kosmitów” (Alien – Support Group Annual Meeting in Newport, Rhode Island)[6] Ralph Blumenthal, dziennikarz (pracował dla New York Times’a) napisał artykuł dla Vanity Fair, w którym oprócz krótkiej relacji ze spotkania – na którym poznał wiele osób, które deklarowały, że zostały porwane – przedstawił nam znane w świecie miłośników UFO postaci. Skupia się na Johnie Edwardzie Mack’u – profesorze Harvard Medical School, zwycięzcy Nagrody Pulitzera, który poświęcił lwią część życia na badania  nad uprowadzeniami. Tym samym,  prominentny absolwent i pracownik naukowy jednej z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie postawił na szali swoją karierę, narażając się na szykany i ryzykując swoją reputacją. Sprawa przedstawiała się o tyle gorzej, że Mack nie poprzestał na samych badaniach – nie dość, że bronił ludzi, z którymi miał okazję rozmawiać, to jeszcze głosił teorie jakoby mówili szczerą prawdę, nie będąc równocześnie osobami niezrównoważonymi psychicznie. Wcześniej, podobne badania przeprowadził Budd Hopkins – malarz i rzeźbiarz, który część otrzymanych wyników przekazał własnie Mackowi, który – koniec końców – skrytykowany przez władze Harvarda stał się obiektem debaty podczas specjalnego zebrania. Pierwszy raz w historii członek grona pedagogicznego Uniwersytetu Harvarda stał się obiektem takiej debaty. Podczas tego spotkania debatowano nad tym, czy Mack nie wmówił swoim pacjentom uprowadzeń oraz czy jego badania odbywały się zgodnie z zasadami etycznymi naukowymi. Ostatecznie pozwolono mu prowadzić bez przeszkód dalsze badania oraz potwierdzono, że pozostaje członkiem Harvard Faculty of Medicine. Mack prowadził badania aż do swojej tragicznej śmierci (został potrącony przez pijanego kierowcę, tak samo jak jego jego ojciec wiele lat wcześniej).

Na spotkaniu opisywanym przez Blumenthala pojawili się też psychoterapeuci, dziennikarze, astrofizycy oraz takie osoby jak dyrektor McLean Hospital Southeast (który związany jest z Uniwersytetem Harvarda). Pokazuje tu, że tematyka zjawisk paranormalny przestaje być domeną szaleńców, a zaczyna interesować (oraz doświadczać) naukowców i ludzi, których raczej posądzalibyśmy o sceptyczne podejście – godne agentki Scully.[7] Zjawisko ciekawe pod względem psychologicznym, socjologicznym, a – jak się koniec końców okazuje – także naukowym stanowi margines wszelkiego rodzaju badań. Chociaż większość ludzi boi się przyznać do faktu doświadczenia kontaktów z pozaziemskimi istotami, czy chociażby do tego, że skłonni są w takie historie uwierzyć, to mimo wszystko (między innymi dzięki wpływowi kultury popularnej) rozważania tego typu powoli wychodzą na światło dzienne i wprawiają w zdumienie, a czasami zakłopotanie coraz większe rzesze ludzi.

Let’s tell people that we don’t care about conspiracy theories said no Freemason ever

George WashingtonKolejnym elementem pobudzającym wyobraźnię ludzi na całym świecie są tajne stowarzyszenia, organizacje, zakony z którym również łączy się wiele tajemnic. „Tajemnica”, czyli słowo – klucz jest prawdopodobnie jednym z najlepszych haseł reklamowych, jakie ludzkość mogła wymyślić.

Templariusze, wolnomularstwo,  Iluminaci – powstało o nich tyle samo teorii spiskowych, ile o UFO czy o zabójstwie JFK. Ci drudzy pojawili się w Stanach Zjednoczonych już około 1730 roku i po pewnym czasie wśród jej członków znaleźli tacy wybitni przedstawiciele elity jak Benjamin Franklin czy George Washington.[8] Zarzuty pod adresem Masonów pojawiły się jeszcze w XVIII wieku, kiedy zarzucano im związki z Francją – zwłaszcza z Francją rewolucyjną oraz rzekomą chęć rozprzestrzeniania w Stanach niewłaściwych wartości i poglądów pochodzenia europejskiego. Liczne stopnie wtajemniczenia, brak wglądu dla osób postronnych w jakiekolwiek rytuały czy tradycje, duży stopień zhierarchizowania, to wszystko nie przyniosło stowarzyszeniu popularności. Prawdziwym „przełomem” jeśli chodzi o postrzeganie Masonów było domniemane morderstwo Williama Morgana, jednego z przedstawicieli Anty-Masonów. Wydarzenie, które miało miejsce w 1826 roku wzmocniło trzecią w gruncie rzeczy partię polityczną – Anti-Masonic Party, która pełniła również funkcję opozycyjną do Andrew Jacksona i jego kandydatury (sami również wystawili swojego kandydata na prezydenta). Po tym jak Morgan zadeklarował chęć wydania książki, w której miał obalić tajemnice tej organizacji (sam dostąpił jedynie pierwszego stopnia wtajemniczenia, kolejnych mu odmówiono) został najpierw aresztowany, a następnie wywieziony i rzekomo utopiony w rzece Niagara, co do dziś nie zostało udowodnione ani ostatecznie powiązane z Masonami. Ci ostatni oświadczyli, że jedyny ich związek z tą sprawą to zapłacenie Morganowi pięciuset dolarów za opuszczenie kraju.

Dzisiaj posądzani o powiązanie z zabójstwem JFK, o bycie żydowską organizacją, która ma na celu realizację swoich prywatnych celów, o kontrolę nad światem (co głównie jest spowodowane przekazami popkultury, takimi jak książki Dana Browna[9] – tu należy się zastanowić nad zdolnością ludzi do odróżniania prawdy od fikcji literackiej) o bycie odpowiedzialnymi za ataki z 11 września (rzekomo Masoni jako potomkowie Templariuszy[10] prowadzili świętą wojnę z Islamem) i wiele innych. Najbardziej znanymi symbolami Wolnomularzy są cyrkiel, węgielnica i – przede wszystkim – tzw. All-Seeing Eye, Eye of Providence,  Wszystkowidzące Oko, symbol Wielkiego Architekta Wszechświata czyli Absolutu. Symbol ten pojawia się m.in. na Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych, co (między innymi dzięki filmowi Dzień Niepodległości) przyczynia się do wiary w teorię jakoby organizacja umieszczała wszędzie swoje symbole, a to z kolei bywa równoznaczne z kontrolą kraju.

Organizacja ta służy jako idealny kozioł ofiarny. Postronnym niewiele o niej wiadomo. Jej  członkami byli wielcy Amerykanie, rekrutuje ludzi z klasy wyższej i średniej, jest fundatorem wielu organizacji charytatywnych czy ośrodków medycznych [11][12]. Można ją wręcz obrazowo przedstawić jako polityka, który ma pieniądze i niewiele o nim wiadomo. A takich ludzi się nie lubi, takich ludzi się obwinia o wiele rzeczy. Wynika to z potrzeby znalezienia czegoś, co wydaje się nierealne, a skoro wydaje się nierealne i nam odległe, to sprawia wrażenie dużo większego zagrożenia niż nim jest w rzeczywistości, o ile takowym w ogóle jest. A dopóki nie ma takiego potwierdzenia, Masoni pobudzają wyobraźnię i zmuszają miłośników wszelakich tajemnic do szukania „prawdy”, która – jak wiadomo – istnieje. [13]

 

Iluminaci

Since Masonry is itself a secret society, the Illuminati was a secret society within a secret society, a mystery inside a mystery, so to say. In 1785 the Illuminati were suppressed by the Bavarian government for allegedly plotting to overthrow all the kings in Europe and the Pope to boot. This much is generally agreed upon by all historians. Everything else is a matter of heated, and sometimes fetid, controversy. [14]

Idąc za myślą Roberta A. Wilsona, Iluminaci są o rangę wyżej niż Wolnomularze. Co więcej u tych drugi doszukiwano się związków z Iluminatami, tego, że są przez nich kontrolowani. Można jednak doszukiwać się podobieństw między tymi dwoma organizacjami, głównie w obrzędach inicjacyjnych oraz w strukturze hierarchii.

Zakon założony w 1776 roku w Ingolstadt przez Adama Weishupta – „entuzjastycznego filantropistę”[15], „diabła”[16] – miał na celu doprowadzenie ludzi do szczęścia i wolności od przesądów i uprzedzeń jak również wyzwolenie spod dominacji Kościoła Katolickiego.

Wśród członków Iluminatów znajdowali się Francuzi, Polacy, Belgowie, Włosi i inni. Wielu z nich było profesorami, pisarzami, prawnikami.[17]

W momencie przejęcia w Bawarii władzy przez Karla Teodora w 1777 istnienie Iluminatów stanęło pod dużym znakiem zapytania. Polityka nowego władcy sprzeciwiała się wszelkim tajnym organizacjom, a akt z 1785 roku ostatecznie zabraniał ich powstawania. Jednak pod koniec XVIII wieku John Robinson i Augustin Barruel spekulowali, że Iluminaci przetrwali i głosili teorie w swoich dziełach: Proofs of a Conspiracy i Memoirs Illustrating the History of Jacobinism.[18]

Dzisiaj pisarze pokroju Marka Dice’a twierdzą, że Iluminaci przetrwali (stając się inspiratorami Rewolucji Francuskiej) i mają związek z „Nowym Porządkiem Świata”. Sam Dice prowadzi walkę z tym „Nowym Porządkiem” (fighting the New World Order), nielegalnymi wojnami, mafią (za którą, jak twierdzi, również stoją Iluminaci) czy właśnie sekretnymi stowarzyszeniami. [19]

Iluminaci, czy raczej inspiracja nimi, są najbardziej widoczni w popkulturze. W literaturze tradycyjnie prym wiedzie Dan Brown i jego Anioły i Demony, jednak jak się okazuje nawiązania do Zakonu możemy znaleźć także u takich klasyków jak Lew Tołstoj w książce pt. Wojna i Pokój[20].  Poza tym z wykorzystaniem niniejszego motywu mamy do czynienia również w komiksie o Iluminatach stworzonym przez Marvel Comics,  czy idącym w jego ślady serialu animowanym Justice League: Unlimited (Justice League, DC Comics) ukazującym teorie spiskowe związane z tą organizacją. Temat obecny w muzyce, w polityce (np. wypowiedź lidera zespołu Korn, który nazwał Obamę marionetką Iluminatów[21]) jak i w grach komputerowych wciąga ludzi i skłania do doszukiwania się znaków Iluminatów (oraz Masonów) wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Za przykład posłużyć może tu może Paul Joseph Watson – autor filmu Illuminati Symbolism in New Justin Timberlake Video , w którym analizuje najnowsze teledyski Justina Timberlake’a pod kątem symboli tych stowarzyszeń.[22] Doszukuje się ich tam momentami w miejscach, które nie mają żadnego związku z Iluminatami. Czasami poszukiwacze tajemniczych symboli nie zdają sobie sprawy z faktu, że niektóre z nich nie tylko mają charakter uniwersalny (Eye od Providence nie musi być jedynie symbolem któregoś z wymienionych stowarzyszeń), ale czasami używane są ponieważ są „fajne”. Artyści lansują się na „tajemniczych” doskonale zdając sobie sprawę z tego, że to przyciąga ludzi, a czasami budzi kontrowersje.

Im mniej wiadomo o organizacji, tym lepiej dla zwolenników teorii spiskowych. W końcu trudno podważać fakty, ale łatwo je stworzyć i sprzedać, wtedy kiedy ich nie ma. Poza tym ważną jest też kwestia strachu przed nieznanym. Tak było z judaizmem i mitami, które narosły wokół niego. Tak dzieje się teraz ze stowarzyszeniami, które nie informują o szczegółach swojej działalności opinii publicznej. Nie rozumiemy, a więc krytykujemy; krytykujemy, a więc wkrótce zaczniemy winić. Kultura, tysiące lat jej rozwoju, jej przekształceń stanowi niezwykle złożony byt, pełen symboli, umowności, gdzie wszystko zależy od interpretacji. Pozwolę sobie zacytować w tym miejscu – może mało „profesjonalnie”, ale potrzebnie – fragment pewnej książki, którą z całą pewnością wszyscy znają, a która wbrew pozorom pokazuje nam poniekąd sposób funkcjonowania społeczeństwa:

Professor Langdon, called a young man with curly hair in the back row, if Masonry is not a secret society, not a corporation, and not a religion, then what is it?

Well, if you were to ask a Mason, he would offer the following definition: Masonry is a system of morality, veiled in allegory and illustrated by symbols.

Sounds to me like a euphemism for „freaky cult.”

Freaky, you say?

Hell yes! the kid said, standing up. I heard what they do inside those secret buildings! Weird candlelight rituals with coffins, and nooses, and drinking wine out of skulls. Now that’s freaky!

Langdon scanned the class. Does that sound freaky to anyone else?

Yes! they all chimed in.

Langdon feigned a sad sigh. Too bad. If that’s too freaky for you, then I know you’ll never want to join my cult.

Silence settled over the room. The student from the Women’s Center looked uneasy. You’re in a cult?

Langdon nodded and lowered his voice to a conspiratorial whisper. Don’t tell anyone, but on the pagan day of the sun god Ra, I kneel at the foot of an ancient instrument of torture and consume ritualistic symbols of blood and flesh.

The class looked horrified.

Langdon shrugged. And if any of you care to join me, come to the Harvard chapel on Sunday, kneel beneath the crucifix, and take Holy Communion.

The classroom remained silent.

Langdon winked. Open your minds, my friends. We all fear what we do not understand. [23]

Jakkolwiek śmieszne może się wydawać powoływanie na czystą fikcję literacką, to trzeba przyznać, że ostatnie zdanie idealnie podsumowuje nasze postrzeganie tego co nieznane. I właśnie w tym należy się doszukiwać źródeł prawdopodobnie wszystkich teorii spiskowych świata.

Houston, Tranquility Base here. The Eagle has landed. Did he?

Moon landingKiedy Apollo 11 lądował na Księżycu było pewne, że świat się zmienił, ludzkość przekroczyła kolejną granicę w przenośnym i dosłownym tego słowa znaczeniu. Mogłoby się więc wydawać, że nikomu nie przyjdzie do głowy kwestionować osiągnięcia na skalę światową, a już na pewno nie Amerykanom, którzy tego dokonali. Jednak prawie dwadzieścia dwa miliony obywateli Stanów Zjednoczonych wierzy, że lądowanie na Księżycu nigdy nie miało miejsca i zostało sfingowane. Co wpłynęło na miliony Amerykanów, że tak trudno im uwierzyć w niebywałe osiągnięcie swojego kraju?

Koniec lat 60. XX wieku był początkiem słabnięcia poparcia obywateli amerykańskich dla rządu, co trwało aż do 1980 roku[24]. Wojna w Wietnamie, publikacja Pentagon Papers[25]    w 1971 roku przyczyniły się do tego, że naród przestał wierzyć rządowi i zaczął podważać jego prawdomówność. W atmosferze rosnącej nieufności znaleźli się więc i zwolennicy teorii, że lot na Księżyc nigdy nie miał miejsca. Sami zainteresowani, członkowie załogi Apollo 11 czyli Buzz Aldrin, Neil Armstrong oraz Michael Collins (o którym często się zapomina w kontekście tej słynnej pionierskiej wyprawy) odmawiali udzielania wywiadów na ten temat. Pojawiające się w zastraszającym tempie teorie posunęły się nawet do stwierdzeń, że trzynastu członków załogi trzech różnych lotów (które miały miejsce od połowy lat 60. do misji Challengera z 1986 roku) zostali zabici przez NASA w celu ukrycia prawdy. [26] Jest to prawdopodobnie jedna z najbardziej radykalnych teorii. Pozostałe wysuwają wątpliwości dotyczące lądowania, które jednak w większości, jeśli nie w całości zostały rozwiane. Zaliczały się do nich między innymi:

  • fakt łopotania flagi, co nie powinno być możliwe na Księżycu z powodu braku wiatru – jeden z najpopularniejszych argumentów zwolenników teorii spiskowej. Flaga została przymocowana na odpowiednio ukształtowanym metalowym pręcie, dzięki któremu nie opadała.[27]
  • brak gwiazd na zdjęciach (powodami były: czas naświetlania kliszy oraz promienie słoneczne, które odbijając się od Księżyca uniemożliwiały zaobserwowanie oraz uchwycenie gwiazd[28])
  • rzekoma litera „C” na jednym z kamieni na Księżycu – która była niedoskonałością zdjęcia i nie pojawia się w materiale filmowym. Prawdopodobnie był to jedynie włos.[29]
  • zbyt niskie podskoki astronautów (zabroniono im wykonywania bardziej ryzykownych manewrów[30])
  • z innych wątpliwości – tym razem związanych z popkulturą – pojawia się teoria, jakoby Stanley Kubrick (twórca filmu 2001: Odyseja kosmiczna, którego akcja częściowo dzieje się na Księżycu) miał wyreżyserować lądowanie na Księżycu Apollo 11.

To tylko nieliczne z naprawdę wielu wątpliwości nękających liczną grupę niedowiarków. Powstawały i powstają na ten temat książki, a popularne programy telewizyjne takie jak MythBusters nie raz podejmowały próby rozwiania tych wątpliwości, które są kolejnym dowodem na to, jak słabo część amerykańskiego społeczeństwa ufa swojemu rządowi i wszelkiego rodzaju instytucjom.[31]

9/11

911Czy rząd może popełnić większą zbrodnię niż świadome i celowe narażenie, a nawet pozbawienie życia tysięcy obywateli innego, ale przede wszystkim własnego kraju? Prawdopodobnie nie, jednak istotną kwestią jest rozpoznanie tych momentów, kiedy rządzący zwracając się przeciw obywatelom dla tzw. dobra ogółu, a kiedy dla osiągnięcia własnych, prywatnych celów. Takiej sytuacji dopatrzyło się jedenaście procent obywateli.[32]

Zamachy z jedenastego września to nie tylko początek walki z terroryzmem, ale początek narodzin kolejnych teorii, które ze wszystkich wcześniejszych najbardziej uderzają w rząd, łącznie z prezydentem. Wśród teorii pojawią się między innymi takie, że w zamachu nie zginął żaden Żyd (w związku z  czym oczywiste jest, że doskonale wiedzieli o planowanym zamachu, a może nawet sami go zorganizowali) – w rzeczywistości zginęło ich od 270 do 400[33]; że rząd doskonale zdawał sobie sprawę z planowanych ataków i nie zrobił nic, aby ochronić swoich obywateli.

11 września wywarł ogromne piętno na Amerykanach, burząc m.in. ich wiarę w to, że są najmocniejszym narodem świata. Nie dość, że uderzono w Nowy Jork – centrum kultury Stanów, najważniejszą wizytówkę tego kraju, to jeszcze terroryści zaatakowali Pentagon – siedzibę Departamentu Obrony, pokazując tym samym, że instytucja, która jest zobowiązana chronić obywateli swojego kraju, sama może stać się łatwym celem napastników. Inną kwestią, która musiała się przy tej okazji pojawić, są wątpliwości dotyczącego tego, czy Pentagon został aby na pewno zaatakowany przez terrorystów i w ogóle czy uderzył w niego samolot (Flight 77). Teorie spiskowe głoszą, że w Pentagon nie uderzył samolot, a pocisk, który został wysłany przez rząd. Jim Hoffman, twórca strony www.911review.com , powołuje się w swoim tekście[34] na CJCSI 3610.01 (Chairman of the Joint Chiefs of Staff Instruction)[35] oraz na DoDD 2025.15 (Department of Defense Directives), z których wynika, że aby móc strącić uprowadzony samolot (w przypadku śmiertelnego zagrożenia) trzeba mieć zgodę Sekretarza Obrony ( w tamtym czasie Donalda Rumsfelda, który siłą rzeczą stał się jednym z kluczowych elementów tej teorii), co automatycznie opóźnia czas reakcji. Organizacja  Judical Watch[36] powołując się na Freedom of Information Act, zażądała ujawnienia nagrań przedstawiających moment uderzenia samolotu w budynek; jako pierwsze ujawnione zostało nagranie z kamer ochrony Pentagonu[37]. Oprócz tego na ujawnienie czekały nagrania z hotelu Sheraton oraz stacji benzynowej Nexcomm/Citgo.

Od momentu zamachu pojawiło się wiele ugrupowań, które nie wierzyły ani w niewinność rządu, ani w to, że wszystkie istotne informacje zostały przez nich ujawnione. Pojawił się m.in. 9/11 Truth movement oraz mnóstwo konspiracyjnych stron internetowych pokroju wyżej wspomnianej 911review czy www.patriotsquestion911.com

Pytania stawiane sprawie sprzed prawie dwunastu lat, która zmieniła patrzenie Amerykanów na siebie samych oraz, która stała się symbolicznym początkiem walki z terroryzmem, wciąż się pojawiają. Ludzie wciąż szukają odpowiedzi, w kwestiach, które teoretycznie zostały już rozwiązane.

America is a vast conspiracy to make you happy.[38]

Może za każdą konspiracyjną teorią stoi sztab ludzi, którzy kreują ją w celu zaspokojenia potrzeby tajemnicy u Amerykanów. W takiej sytuacji każdy powód, żeby winić za wszystko rząd, jest dobry. Kiedy bowiem istnieje możliwość obarczenia całą odpowiedzialnością polityków, to trzeba z niej skorzystać. I jak się okazuje, tak się dzieje w większości przypadków. Czy wynika to z mało satysfakcjonujących wyników działań organizacji państwowych, czy może najzwyczajniej w świecie Amerykanie naprawdę wierzą w konspiracje? To temat badań dla kolejnych pokoleń socjologów, a nam pozostaje zastanowić się, czy sami aby na pewno nie wierzymy w żadną spiskową teorię…? Na przykład taką, że Elvis nie umarł. Ale w sumie to nie teoria, tylko szczera prawda – przecież Król jest wiecznie żywy.

Autor: Paulina Szadkowska

Bibliografia

  • Jerzy Domański, Zagadka epoki
  • Peter Knight, Conspiracy Theories in American History: An Encyclopedia
  • Robert Anton Wilson, Cosmic Trigger I: The Final Secret of The Illuminati
  • Trevor W. McKeown, A Bavarian Illuminati Primer ( http://www.webcitation.org/5w47O6KyR )
  • Augustin Barruel, Abrégés des mémoires pour servir à l’histoire du jacobinisme
  • Thomas Jefferson, list (  http://freemasonry.bcy.ca/anti-masonry/jefferson.html )
  • David Woods, How Apollo Flew to the Moon
  • Jim Hoffman, The ‚Stand – Down Order’,
  • Dan Brown, The Lost Symbol

 

Strony internetowe

Przypisy:


[3]   Z Archiwum X: Pokonać przyszłość

[4]   Jerzy Domański, Zagadka epoki, s. 5

[6]   Ralph Blumenthal, Alien Nation: Have Humans Been Abducted by Extraterrestrials?, http://www.vanityfair.com/culture/2013/05/americans-alien-abduction-science

[7]   Ralph Blumenthal, Alien Nation: Have Humans Been Abducted by Extraterrestrials?, http://www.vanityfair.com/culture/2013/05/americans-alien-abduction-science

[8]   Peter Knight, Conspiracy Theories in American History: An Encyclopedia, s. 75

[10] Informacja ta nie została potwierdzona; Masonem może zostać wyznawca praktycznie każdej religii – każda loża ma jednak swoje własne reguły – od przyjmowania jedynie wyznawców religii monoteistycznych, po przyjmowanie jedynie mężczyzn. Dlatego wydaje się być mało prawdopodobne, żeby organizacja była niejako następcą Zakonu Templariuszy

[11] Masonic Medical Research Laboratory ( http://www.mmrl.edu/ )

[12] Masonic Service Association ( http://www.msana.com/ )

[13] Z Archiwum X, The Truth is Out There

[14] Robert Anton Wilson, Cosmic Trigger I: The Final Secret of The Illuminati

[15] Opinia Thomasa Jeffersona z listu do biskupa Jamesa Madison, 31 stycznie 1800 ( http://freemasonry.bcy.ca/anti-masonry/jefferson.html )

[16] Augustin Barruel, Abrégés des mémoires pour servir à l’histoire du jacobinisme, s. 235

[17] Trevor W. McKeown, A Bavarian Illuminati Primer ( http://www.webcitation.org/5w47O6KyR )

[18] Trevor W. McKeown, A Bavarian Illuminati Primer ( http://www.webcitation.org/5w47O6KyR )

[20] Bohater Pierre Bezukhov, Mason, zostaje oskarżony o promowanie idei Iluminatów

[23] Dan Brown, The Lost Symbol

[26] Peter Knight, Conspiracy Theories in American History: An Encyclopedia, s. 75

[28] David Woods, How Apollo Flew to the Moon, s. 206-207

[30] Jakkolwiek zabawnie może brzmieć nazywanie niewielkich podskoków „ryzykownymi”, tak należy pamiętać, że to był pierwszy raz, kiedy człowiek był na Księżycu – rozdarcie się skafandra w przypadku podejmowania tego typu manewrów, mogło być katastrofalne w skutkach

[34] Jim Hoffman, The ‚Stand – Down Order’, http://911review.com/means/standdown.html

[38] John Updike

Według powszechnie panującego przekonania, sfera polityczna w  Stanach Zjednoczonych jest wolna od wpływów religijnych. Świadczyć może o tym chociażby brak oficjalnej religii państwowej, co ma oczywiste uzasadnienie w burzliwym okresie kolonizacji , która uniemożliwiła stworzenie jednorodnego religijnie społeczeństwa. Zanim jednak Stany Zjednoczone stały się miejscem otwartym dla wszystkich wyznań, wolność religijna była jedynie mitem przyciągającym nowych osadników. W  panującym wówczas protestantyzmie należy doszukiwać się czynników odpowiedzialnych za  obecny charakter światowego mocarstwa.

Historia

Jeden z pierwszorzędnych celów kolonistów w Ameryce Północnej stanowiło szerzenie ideologii anglikanizmu. Mocnym  argumentem  przemawiającym za intensyfikacją tego działania była chęć powstrzymania hiszpańskiego katolicyzmu na terenie kolonii. Rozprzestrzenienie a tym samym wzmocnienie pozycji Kościoła anglikańskiego były najefektywniejszymi ze sposobów na realizację tego celu. Szczególne znaczenie miał fakt iż katolicy stanowili mało popularną i najmniej szanowaną grupą wyznaniową na terenie Ameryki Północnej, co  zresztą ułatwiło znacznej liczbie innowierców funkcjonowanie na nowo odkrytym kontynencie. Za dobry przykład z pewnością posłużą  wyznawcy judaizmu, masowo osiedlający się w  tolerancyjnym Rhode Island.

Pojawienie się  144 „pierwszych” kolonistów (pamiętajmy o Jamestown)  w dniu 16 grudnia 1620 na terytorium  dzisiejszego Plymouth było momentem zakotwiczenia pionierskiego światopoglądu  w Nowym  Świecie. Purytanie (ukształtowani w duchu kalwinizmu), będąc niemile widzianymi w XVII wiecznej Anglii , ze względu na swe dążenia do oczyszczenia Kościoła anglikańskiego z resztek katolicyzmu, szukali nowych możliwości w Holandii. Nie odpowiadała im tam jednak zbyt swawolna jak na radykalizm wyznawanych przez nich zasad, atmosfera.

Wolność religijna była jednak zarezerwowana wyłącznie dla  nich. Kształtując nowe społeczeństwo, zgodnie z doktrynami protestanckimi, zapomnieli bowiem o bardzo ważnym aspekcie wyznawanej religii – wolności wyznania. Purytanie jako grupa wyznaniowa dominowali w ówczesnym Massachusetts, Connecticut, Maine, New Hampshire, Nowym Jorku oraz we wschodniej części Ohio, gdzie,  w konsekwencji jedynie purytańskie kościoły, były w pełni utrzymywane przez osadników. Naturalnie prawa polityczne przysługiwały wyłącznie ich członkom, a wszelkie przejawy sprzeciwu wobec nowej wizji życia były karane wygnaniem.

Mówiąc o regionie Nowej Anglii warto poruszyć kwestię jednego ze stanów znajdujących się w jego granicach, a mianowicie Stanu Rhode Island. Kolonia została założona w 1636 roku przez Rogera Williamsa, który po związaniu się z separatystami został wygnany  i paradoksalnie zdecydował się stworzyć miejsce prawdziwej wolności religijnej. Rhode Island stało się schronieniem  między innymi dla Żydów i Kwakrów. Drugą znaną postacią,  która zasłynęła z buntu wobec rozporządzeń  Johna Winthrop’a  oraz charakteru kolonii Massachusetts, była Anne Hutchinson. Oskarżona o herezję i postawiona przed sądem, mimo zręcznej obrony została skazana na wygnanie i właśnie w Rhode Island znalazła swój azyl.[1]                                                               

Niewolnicy przybywający do południowych kolonii zazwyczaj nie byli chrześcijanami, co dodatkowo wzmacniało ich podległą pozycję wobec kolonistów europejskich. Mniej więcej od XVII do XVIII wieku chrzest niewolników był uznawany za zbrodnię .Zezwolenie na przyjęcie wiary chrześcijańskiej przez niewolników oznaczałoby bowiem konieczność zmiany relacji z poddanymi, którzy stawaliby się braćmi w wierze. Dopiero w połowie XVIII wieku część niewolników rozpoczęła uczestnictwo
w Kościele anglikańskim. Stworzona specjalnie z myślą o niżej usytuowanej części wierzących, Biblia nakazywała bezwzględne posłuszeństwo, natomiast sami niewolnicy tworzyli hymny na cześć upragnionej wolności. Po pewnym czasie religia czarnoskórych niewolników zaczęła obfitować w rozmaite praktyki zaczerpnięte z afrykańskich wierzeń. Mimo, że niewolnicy rzadko przyłączali się do baptystów i metodystów, niejednokrotnie czerpali również z ich założeń.

Pierwszymi Europejczykami, którzy osiedlili się w środkowych koloniach w XVII wieku byli Luteranie szwedzkiego i duńskiego pochodzenia.  William Penn, syn brytyjskiego dowódcy wojskowego otrzymał  w 1681 roku ziemie od króla Karola II jako spłatę długu wobec ojca. Pensylwania stała się schronieniem dla kwakrów, jako że sam założyciel był przedstawicielem tego ruchu.  Wkrótce do kolonii zaczęli napływać  również kalwiniści, Żydzi, katolicy  oraz luteranie niemieckiego pochodzenia. Katolicy i Żydzi nie cieszyli się jednak prawem głosu wyborczego. Również New Jersey zasłynęło ograniczeniami wobec innych wyznań. Mimo wszystko w ogólnej opinii środkowy obszar kolonii   zasłynął z dużej tolerancji, którą podkreślano głównie na tle Europy, gdzie wręcz  nie miała ona  prawa bytu, ze względu na samo przyzwyczajenie ludności do wojen religijnych i opartych o nie stratyfikacji społecznych. 

Mimo, że sfera wyznaniowa społeczeństwa kolonialnego kształtowana była pod wpływem różnorodnych religii, należy pamiętać ,że jej podstawowy trzon oparty jest o nurt kalwinizmu.Purytanie  odrzucili wprawdzie założenie o predestynacji ludzkiego losu, stanowiące jeden z zasadniczych dogmatów kalwinizmu, jednak przez cały czas bardziej lub mniej świadomie działali w duchu tejże religii. Pierwszym momentem uważanym za początek odejścia od czystego kalwinizmu było wydanie w 1622 roku regulacji w Nowej Anglii , która upoważniała do uczestnictwa w Kościele dzieci, osób które „doświadczyły łaski”. Głównym celem nowego prawa była próba zmiany statusu Kościoła pod względem członkostwa. Dotychczasowe ekskluzywne uczestnictwo doprowadziło bowiem do spadku liczby członków Kościoła, a tym samym osłabiło jego pozycję. Wprowadzona regulacja uderzała bezpośrednio  właśnie w dogmat predestynacji – purytanie rozwinęli główną zasadę kalwinizmu o założenie, iż każdy człowiek może być zbawiony,  natomiast uczynki mają stanowić drogę do raju a nie wyrok, jak to dotychczas postrzegano.  W ten sposób narodziło się nowe spojrzenie na ludzki los, bardziej tolerancyjne, a tym samym bardziej atrakcyjne dla potencjalnych członków  (tzw. herezja arminiańska) [2] Świeże spojrzenie na kwestie predestynacji przemawiało do ludzi żyjących w duchu rodzącego się kapitalizmu. Jeżeli założymy, iż człowiek nie jest z góry skazany na potępienie, ciężka praca i wyrzeczenia stają się odpowiedzią na pytanie „Jak żyć?”                                                                                              

Wprowadzenie reform w zakresie wyznawanej religii na terenie północnych kolonii nie oznaczało zaniku wpływów Kościoła anglikańskiego. W połowie XVIII wieku zarówno w Nowej Anglii, jak i  w Nowym Jorku, New Jersey oraz Pensylwanii  istniało kilkadziesiąt ośrodków anglikańskich, aktywnie wspieranych przez Koronę.  Chociaż Kościół anglikański cieszył się  tam statusem oficjalnego wyznania,  to ze względu na niewielką liczbę kleru, nie miał jednak wystarczającej siły przebicia.  Co więcej, brak wykształcenia oraz brak przyzwoitości u przybyłych duchownych, który znajdował ujście w beztroskich rozrywkach, jedynie potwierdzał prawdziwość zarzutów wysuwanych w owym czasie wobec duchowieństwa i jeszcze bardziej utwierdzał w przekonaniu, iż anglikanizm nie różni się w tym zakresie od katolicyzmu.

Purytański radykalizm odzwierciedlało wówczas istnienie licznych sekt mniejszościowych, w tym wspomnianych wcześniej kwakrów, baptystów ,prezbiterian, menonitów, luteran, braci morawskich, a także innych odłamów. Kwakrzy zajmując w późniejszym okresie również rejony  Maryland i Północnej Karoliny nie wykorzystywali swej liczności do poszukiwania nowych wyznawców, koncentrując swą działalność głównie wokół rozwijania interesów handlowych. Ich przeciwieństwo stanowili baptyści (Rhode Island, New Jersey, Pensylwania, Północna Karolina), którzy największy rozwój osiągnęli już w połowie XVIII wieku. Charakterystyczny dla owej sekty ascetyzm nie pozwalał jej członkom na akceptację stylu życia  dobrze sytuowanego ziemiaństwa, co rodziło liczne konflikty na terenie Wirginii.[3]  Prezbiterianie (Pensylwania) natomiast proklamowali centralizację kościołów, będąc skłonnymi uznać władcę jako głowę swojego Kościoła.

W 1649 roku ustanowiono Maryland Toleration Act, który zapewniał wolność wyznawania wiary katolickiej. Dokument uchodzi za pierwszą próbę zabezpieczenia wolności religijnej, mimo iż dotyczył jedynie religii katolickiej. Założycielem kolonii Maryland (1634) był katolik, George Calvert. Fakt ten nie miał jednak znaczenie w 1654 roku, kiedy miejscowe zgromadzenie ustawodawcze zakwestionowało prawo do wyznawania katolicyzmu. Przykład owego aktu wskazuje na to, iż postępująca tolerancja religijna w koloniach wynikała z  samego faktu istnieniu pluralizmu,  gdyż legislatywa w tym zakresie nie cieszyła się powodzeniem. Tym samym Kościół musiał  z czasem zadowolić się funkcjonowaniem poza sferą polityczną, co nie oznacza, że został całkowicie pozbawiony wpływu na pewne decyzje. Zachował go dzięki swojej zdolności do  nieustannego oddziaływania na nastroje społeczne.

Początkiem przełomu religijnego w koloniach było często porównywane do reformacji w Europie, tzw. Wielkie Przebudzenie.[4] Dotyczyło ono zasadniczych zmian, które dokonały się w duchowej i mentalnej sferze społeczeństwa amerykańskiego poprzedzając XVIII wieczną rewolucję centrum rozważań religijnych znalazł się wówczas postulat indywidualizmu, który stanowiąc wyzwanie dotychczasowym ,sztywnym założeniom teologicznym, uwiódł cały protestancki świat. Duże znaczenie w kształtowaniu tego zjawiska miała filozofia oświecenia, zwłaszcza deizm, który sprzeciwiał się poglądowi, jakoby Bóg ingerował w ludzkie życie, negocjując tym samym potrzebę istnienia instytucji kościelnej. Co istotniejsze, deizm podważył prawo chrześcijan do dominacji nad innowiercami.[5]

W okresie Wielkiego Przebudzenia na celowniku powszechnej krytyki znalazły się dekadencja i demoralizacji  widoczne w postawie ówczesnego kleru. Wzbudziły one w społeczeństwie chęć odnowy duchowej oraz odzyskania utraconych wartości. Pozycja duchowieństwa została także wyraźnie podważona przez ówczesną tendencję do tworzenia bardziej osobistej relacji z Bogiem, opartej o intymne więzi i głębokie indywidualne emocje.

Do znaczących i najbardziej charyzmatycznych  przedstawicieli ruchu odrodzenia należeli George Whitefield, Gilbert Tennent, James Davenport oraz Jonathan Edwards. Ten ostatni reprezentował nurt o najbardziej kalwinowskim charakterze, bazując na ludzkim strachu przed potępieniem. Wzbudzanie poczucia winy za grzechy poprzez przypisywanie takim zjawiskom jak epidemie lub problemy gospodarcze kary za niewłaściwe postępowanie, prowadziło w konsekwencji do podporządkowania wierzących. Wobec radykalizacji nieuniknionym stał się więc podział społeczeństwa na neokalwinistów oraz racjonalistów, chociaż siła owego podziału pozostaje kwestią sporną. Neokalwiniści  niewątpliwie mieli wielki wkład w rewolucję amerykańską, chociażby poprzez zdecydowaną krytykę korupcji angielskich urzędów, a także, o czym warto wspomnieć, przez ukazanie Korony w świetle wielkiego żywiołu demoralizacji i bezbożności.[7]

Drugi okres wielkiego przebudzenia miał miejsce na przełomie XVIII i XIX wieku. Pojawiły się wówczas takie ruchy jak millenaryzm ( który głosił zbliżający się koniec świata) i restoracjonizm. Ten drugi miał duże znaczenie dla Kościoła, gdyż nawoływał do powrotu na pierwotną ścieżkę religii. Największą korzyść w tamtym okresie odnieśli jednak baptyści oraz metodyści. Skutkiem rozwoju odnowy religijnej było również  powstanie między innymi sekty mormonów. Trzecia faza obfitowała w rozczarowanie millenaryzmem , dlatego też skupiono się na ruchach o charakterze misyjnym,  co zaowocowało powstaniem między innymi Armii Zbawienia.[8]

 Scharakteryzowany pokrótce proces odnowy, poza osłabieniem władzy kościelnej (pomimo  pojawienia się restoracjonizmu),  niekiedy również świeckiej, a także poza specyficzną legalizacją pluralizmu religijnego, dał początek tradycji moralistycznej, do dzisiaj obecnej w życiu amerykańskiego narodu, szczególnie w  dziedzinie polityki. To ciekawe zjawisko można było  w tamtym czasie  zaobserwować chociażby jako trend w sztuce. Bardzo dobry przykład dla zilustrowania tego zjawiska stanowią portrety George’a Washingtona autorstwa  takich twórców jak Gilberta Stuarta, czy też Davida Edwina.

POSTER_3B

George Washington (Lansdowne portrait) by Gilbert Stuart (1796), National Portrait Gallery

Światło skierowane na postać,  jako symbol bożej opatrzności, oratorski gest wskazujący w przyszłość oraz tęcza odwołująca się do biblijnego potopu miały za zadanie wyewoluowaćsymbol czystości.

10s_2bApotheosis of Washington by David Edwin (1800), National Portrait Gallery

Gloryfikacja pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych, hagiograficzne ujęcie tej postaci odzwierciedlało sposób postrzegania nowego bytu politycznego przez jej własnych twórców. Przyczyny  takiego spojrzenia na amerykański naród przez samych Amerykanów należy szukać w niepodważalnym fakcie jakim było stworzenie przez nich pierwszej republiki  na świecie, w którym jedynie monarchia była dotychczas synonimem potęgi i wpływów. Amerykanie złamali tą zasadę raz na zawsze.

Znaczenie oraz wpływ religii

Chcąc zapobiec charakterystycznym dla kontynentu europejskiego wojnom o podłożu religijnym, twórcy amerykańskiej konstytucji postanowili oddzielić sferę religijną od sfery czysto politycznej. Towarzyszyło temu jednoczesne przekonanie, że  nowe społeczeństwo powinno być budowane w oparciu o religijną moralność. Zatem mimo formalnego pozbawienia polityki jej wymiaru religijnego, sfera sacrum pozostaje fundamentem nie tylko dla życia osobistego obywateliUSA, ale także dla życia publicznego. Symbolika religijna przeniknęła na stałe do instytucji państwowych i do dziś jest widoczna, chociażby w słowach przysięgi  głowy państwa: „So help me God” (Tak mi dopomóż Bóg).

Aspekt religijny miał niewątpliwie kolosalne znaczenie dla szybkiego zasiedlenia kolonii.Atrakcyjności nowym terenom dodawała możliwość ucieczkiod zakłamania i przymusu stosowanego przez  kościół anglikański oraz szansa na całkowite oczyszczenie doktryny religijnej z wszelkich pozostałości katolicyzmu. Ludność żyjąca w przeświadczeniu o własnych wyraźnie ograniczonychwolnościach z pewnością była bardziej skora do podróży tam, gdzie świat wydawał się bardziejsprawiedliwy i odpowiedni dla praktykowania wyznawanej religii. W związku  tym wydaje się, że gdyby niepurytanie i kalwinowski duch pracy na własną korzyść (którą można było zaobserwować również wśród służby kontraktowej), powściągliwość i umiejętność podejmowania wyrzeczeń, jest wysoce prawdopodobne, że dzisiejsze Stany Zjednoczone, których decyzje mają wpływ na funkcjonowanie całego globu, zajmowałyby pozycję porównywalną do współczesnej pozycji krajówAmeryki Południowej. W końcu Jamestown nie różniło się od kolonii w drugiej części kontynentu pod względem motywów działania kolonizatorów. Eksploatacja ziemi oraz miejscowej ludności, bogacenie się ich kosztem oraz przywłaszczanie nowych terytoriów w celach handlowych były głównym i jedynym celem,  czego efekty cały świat obserwuje do dziś.

Podsumowując, warto spojrzeć na wymiar religijny amerykańskiego narodu jako na zasadniczy warunek stworzenia kapitalistycznego imperium. Należy mieć świadomość, że to religia ukształtowała tę  światową  potęgę i że do dnia dzisiejszego, mimo obecności różnorakich wierzeń, zarówno temperament świata polityki, jak i społeczna mentalność nieustannie przenika pierwiastek sacrum.

Autor: Aleksandra Łabuńska

Przypisy

1.      Michał J. Rozbicki: Narodziny narodu. Historia Stanów Zjednoczonych do 1861 roku Warszawa: Oficyna Wydawnicza Interim, 1991. str 141-143

2.        Michał J. Rozbicki: Narodziny narodu. Historia Stanów Zjednoczonych do 1861 roku Warszawa: Oficyna Wydawnicza Interim, 1991. str 202    

3.      Michał J. Rozbicki: Narodziny narodu. Historia Stanów Zjednoczonych do 1861 roku Warszawa: Oficyna Wydawnicza Interim, 1991. str 202-203

4.        Michał J. Rozbicki: Narodziny narodu. Historia Stanów Zjednoczonych do 1861 roku Warszawa: Oficyna Wydawnicza Interim, 1991. str 203-204

5.       George Brown Tindall, David E.Shi: America: A narrative history (Volume 1). New York: W.W. Norton & Company, Inc. str 477-478

6.      Michał J. Rozbicki: Narodziny narodu. Historia Stanów Zjednoczonych do 1861 roku. Warszawa: Oficyna Wydawnicza Interim, 1991. str 95

7.      Michał J. Rozbicki: Narodziny narodu. Historia Stanów Zjednoczonych do 1861 roku Warszawa: Oficyna Wydawnicza Interim, 1991. str 204

8.      George Brown Tindall, David E.Shi: America: A narrative history (Volume 1). New York: W.W. Norton & Company, Inc. str 132-137

Bibligrafia

1.       Michał J. Rozbicki: Narodziny narodu. Historia Stanów Zjednoczonych do 1861 roku. Warszawa: Oficyna Wydawnicza Interim, 1991.

2.       George Brown Tindall, David E.Shi: America: A narrative history (Volume 1). New York: W.W. Norton & Company, Inc.

Strony internetowe:

1.      http://www.theusaonline.com/people/religion.htm

2.      nobigotry.facinghistory.org/content/religion-colonial-america-trends-regulations-and-beliefs

3.      http://www.uncp.edu/home/canada/work/allam/16071783/religion.htm

4.      http://www.georgewashington.si.edu/portrait/non-flash.html

5.       http://www.georgewashington.si.edu/exhibition/text.html

Kanada to ogromne północnoamerykańskie państwo graniczące ze Stanami Zjednoczonymi. Dla wielu wydaje się idealnym miejscem do życia – mimo niekiedy uciążliwych warunków pogodowych. Kanada bardzo prężnie się rozwija, posiada jednocześnie wysoki deficyt ludności, co powoduje, że jest krajem otwartym na ciągły napływ imigrantów. W Kanadzie amerykańską zieloną kartę zastępuje status stałej rezydencji. Wymagane jest wypełnienie formularza przez internet i na podstawie podanych informacji, program oblicza prawdopodobieństwo zaakceptowania wniosku. Posiadanie statusu stałego rezydenta w Kanadzie nie gwarantuje pełnych praw. Taka osoba nie może np. głosować, nie posiada przecież paszportu kanadyjskiego. Jednakże po trzech latach stałego rezydowania w Kanadzie imigrant może starać się o przyznanie obywatelstwa, podchodząc w tym celu do specjalnego testu. Wiele przepisów dotyczących imigrantów uległo zaostrzeniu po zamachach z 11 września 2001 roku, do których doszło na terenie Stanów Zjednoczonych. Od tamtego czasu każdy przyjezdny jest o wiele dokładniej sprawdzany. Nieoficjalnie mówi się również o tym, że przybywającym z krajów muzułmańskich przygląda się uważniej niż tym, np. z krajów europejskich. Mimo wszystko, napływ imigrantów nie uległ istotnemu zmniejszeniu. Kraj ten wciąż przez wielu ludzi na całym świecie utożsamiany jest z wizją lepszego życia.

            Kanada jest federacją składająca się z dziesięciu prowincji. Funkcjonuje tam rząd federalny, ale jednocześnie każda prowincja ma też swój rząd i własny parlament. Niektóre dziedziny życia są zarządzane federalne, inne zaś podlegają bezpośrednio władzom prowincji. Quebec jest jedyną prowincją, która zajmuje się imigracją we własnym zakresie, w przypadku innych prowincji decyduje rząd federalny. Do Quebecu przybywa dużo imigrantów z krajów francuskojęzycznych, tj.  Francji, Algierii, Maroka czy Tunezji. Istnieje też duży odsetek imigrantów z Haiti. Od kilku lat na terenie całego państwa obserwuje się duży napływ emigrantów z Chin.

            Kanadzie nie jest także obcy fenomen drenażu mózgów czyli zjawiska emigracji ludzi dobrze wykształconych do krajów wysoko rozwiniętych, które oferują im lepsze warunki materialne i zawodowe.[1] Imigranci, starający się o legalny pobyt w Kanadzie dostają punkty również za posiadane wykształcenie. Poważny problem pojawia się niestety gdy imigrant przyjeżdża do Kanady i okazuje się, że jego dyplom nie jest w tym kraju uznawany. Często musi on wrócić na studia i zaliczyć kilka kursów, by uzyskać jakikolwiek tamtejszy dyplom – bez niego może być mu naprawdę ciężko. Jest to bardzo trudna droga szczególnie dla lekarzy, którzy niekiedy muszą poświęcić kilka lat na powtórną naukę i podchodzenie do kanadyjskich egzaminów.

            Każdy plan wyemigrowania do obcego państwa wiąże się z szerokim wachlarzem trudności, z którymi potencjalny emigrant będzie musiał się zmierzyć. Dla wielu państw na świecie, między innymi dla Polski, Kanada zniosła już ruch wizowy i wymagany jest w zamian paszport biometryczny, którego wyrobienie nie wiąże się już z tak dużymi kosztami, jak otrzymanie wizy. Jednakże rok 2002 przyniósł wiele nowych przepisów, o których nie mówiło się na świecie głośno, które Kanada wprowadziła w życie pod wpływem nacisków ze strony amerykańskiego rządu i które stały się dla imigrantów ogromnym utrudnieniem.

            Po zamachach z 11 września 2001 roku rząd Stanów Zjednoczonych z prezydentem Georgem W. Bushem na czele, wprowadzili niezwykle restrykcyjną politykę wobec ludności pochodzącej z krajów arabskich. Kilka miesięcy po wrześniowych wydarzeniach Rząd Federalny Stanów Zjednoczonych stworzył program, który wymagał od tysięcy muzułmańskich mężczyzn rejestracji w instytucji, która miała na celu sprawdzanie, czy nie mają oni powiązań z grupami terrorystycznymi i czy w ich przypadku nie doszło do złamania praw imigracyjnych. Dopiero po wielu skargach, które wskazywały, że program jest nacechowany rasistowsko, wycofano go w 2003 roku.[2] Jednakże wielu ludzi, których objął program, zostało deportowanych. Nawet tych, dla których Stany Zjednoczone były domem, ponieważ przybyli oni do USA jako dzieci i spędzili tam często więcej niż połowę swojego życia. W tej sytuacji wiele osób pochodzenia arabskiego zdecydowało się na ucieczkę ze Stanów Zjednoczonych mimo iż dla niektórych był to do tej pory kraj azylu. Programy, podobne do wspomnianego przeze mnie wcześniej, nie oszczędzały bowiem nawet uchodźców.

            Ogromna ilość uciekinierów ze Stanów Zjednoczonych kierowała się do Kanady w celu uniknięcia osadzenia w więzieniu lub deportacji, czego doświadczyło tysiące muzułmanów. Ogromne ilości Pakistańczyków oraz przedstawicieli innych państw arabskich wnioskowało w Kanadzie o status uchodźcy w styczniu 2003 roku. Dwa lata później większość z nich została jednak deportowana, oddana w ręce władz USA, skąd później najczęściej odsyłano ich do krajów ojczystych. W 2004 roku odrzuconych zostało 928 pakistańskich wniosków o azyl w samym tylko mieście Montreal w kanadyjskiej prowincji Quebec. W całej Kanadzie zaakceptowano jedynie 37 % pakistańskich wniosków o azyl, w porównaniu w 2000 roku, kiedy to zaakceptowano ich aż 61%. Tak drastyczne zmiany wiązały się z odpowiedzią Kanady na ataki z 11 września 2001 roku w postaci ich własnego pakietu ustaw imigracyjnych – AntiTerrorism Act i Public Safety Act (Ustawa Antyterrorystyczna i Ustawa o Bezpieczeństwie Publicznym). Dokumenty te pozwalały na zapobiegawcze zamykanie w więzieniach ludzi podejrzanych o terroryzm oraz dawały rządowi prawo do wysuwania oskarżeń o terroryzm pod kątem konkretnych osób, bez prawnych dowodów potwierdzających domniemaną winę podejrzanych. Ponadto, w grudniu 2001 roku podpisane zostało porozumienie między Kanadą a Stanami Zjednoczonymi, które miało zwiększyć środki bezpieczeństwa na granicach tych państw. Na żądanie Stanów Zjednoczonych – Kanada zwiększyła ilość państw, od których wymagane będą wizy. Jednakowoż jednym z najbardziej drastycznych dla szukających azylu w Kanadzie uciekinierów z USA był The Safe Third Country Agreement (Trzecie Porozumienie Krajowe dotyczące Bezpieczeństwa), podpisany przez USA i Kanadę w grudniu 2002 roku, który wszedł w życie dwa lata później. Dokument ten potwierdzał zamknięcie kanadyjskiej granicy dla szukających w niej azylu uciekinierów ze Stanów Zjednoczonych, zakazywał również staranie się o azyl wszelkim uchodźcom, którzy wcześniej spędzili już jakiś czas na terenie innego kraju.[3]

            Mimo wszystkich tych ograniczeń całe muzułmańskie rodziny przez lata starały się uzyskać azyl na terenie Kanady. Decydowano się na to pomimo wiedzy, że w Stanach Zjednoczonych czeka na nich praktycznie pewne zesłanie z powrotem do ojczyzny, z której, w wielu przypadkach, tak bardzo starali się uciec. Warto też zaznaczyć, iż była to największa odczuwalna fala migracji ze Stanów Zjednoczonych do Kanady mająca miejsce po atakach z 11 września 2001 roku.

            Te tragiczne dla wielu imigrantów z krajów arabskich taktyki pokazują doskonale ogrom współpracy, jaka wytworzyła się między Stanami Zjednoczonymi a Kanadą tuż po atakach z 11 września. Kanadyjczycy udzielili Amerykanom wsparcia również bezpośrednio po zamachach, gdy kanadyjskie lotniska przyjęły setki samolotów amerykańskich z około trzydziestoma tysiącami pasażerów na ich pokładach. Pasażerowie ci zostali nakarmieni, zapewniono im bezpieczeństwo i traktowano z pełną serdecznością, okazując w ten sposób współczucie. W Ottawie, przy amerykańskiej ambasadzie, Kanadyjczycy znosili kwiaty, flagi oraz świece, okazując swoje wsparcie dla zaatakowanego sąsiada. Jednakże ogromna pomoc Kanadyjczyków pozostawała jakby niezauważona, zwłaszcza przez rząd Stanów Zjednoczonych. Podziękowania płynęły właściwie dla każdego kraju, który wspierał USA, oprócz Kanady. Dopiero słowa ówczesnego amerykańskiego sekretarza stanu Collina Powella – Kanada była jednym z pierwszych państw, które okazało nam współczucie i pomoc – nieco uspokoiły kanadyjską opinię publiczną. Tymczasem administracja prezydenta Busha wywierały silną presję na poparcie swej nowej anty-terrorystycznej polityki. Naciski były do tego stopnia skuteczne, że przeprowadzane w Kanadzie w dniach 20 – 22 września 2001 roku sondaże pokazały, iż aż 70% Kanadyjczyków uważa, że Kanada powinna przystąpić do globalnej wojnie przeciwko terroryzmowi.[4] Była to jedna z ważniejszych przyczyn wprowadzenia w życie wspomnianych przeze mnie aktów prawnych, które skutecznie utrudniały arabskim imigrantom ucieczkę ze Stanów Zjednoczonych do Kanady. Zapisy zawarte w nich były efektem z jednej strony głębokiego  współczucia i gestem solidarności z zaatakowanym sąsiednim państwem i jego obywatelami, z drugiej zaś odpowiedzią na konkretne polityczne naciski na wprowadzenie radykalnej polityki walki z terroryzmem, której założenia wypracowane zostały pod wpływem ogromnych emocji i nie zawsze były odpowiednio dopasowane do głównego celu – często uderzając w niewinnych ludzi. W ramach zawartych porozumień bilateralnych Kanada zgodziła się również przesyłać Stanom Zjednoczonym listy pasażerów samolotów, które lecą z Kanady do USA lub będą przelatywać przez amerykańską strefę powietrzną. Co więcej, Amerykanie nadal naciskają na rząd kanadyjski, by stworzyć wspólną politykę imigracyjną oraz wypracować wspólne dla obydwu państw standardy bezpieczeństwa.[5]

            Pomimo istnienia obwarowań prawnych, nowych ustaw, zwiększonej kontroli granic i lotnisk – na co rząd kanadyjski od 2001 roku przeznaczył około 10 miliardów dolarów[6] – Kanadzie wciąż nie jest obce zjawisko nielegalnej imigracji. Wręcz przeciwnie – jak już wspomniałam wcześniej – zaostrzenie przepisów dotyczące imigrantów w Stanach Zjednoczonych sprawiło, że ludzie, obawiając się deportacji, zaczęli szukać ucieczki do innego, pobliskiego kraju. Nie byli to tylko muzułmanie. Trzeba wspomnieć, że w USA mieszka ogromny odsetek nielegalnych imigrantów z Meksyku. Ich sytuacja po wydarzeniach z 11 września również uległa drastycznemu pogorszeniu. Pracodawcy, których do tej pory nie interesowało, czy imigrant, którego zatrudniają, przebywa na terenie Stanów Zjednoczonych legalnie, nagle zaczęli wypytywać go o dokumenty, potwierdzające jego legalny status. W związku z tym również latynoscy imigranci zaczęli zasypiać w strachu przed złapaniem i deportacją do swojego kraju.[7] Aktualnie wielu z nich zgłasza się więc do organizacji, które pomagają imigrantom w wypełnianiu dokumentacji uprawniającej do ubiegania się o status uchodźcy w innym państwie, jakim może być właśnie Kanada. Tymczasem według raportów jedynie 32 mile z 4000 kanadyjsko – amerykańskiej granicy są wystarczająco strzeżone, by faktycznie zapobiec nielegalnemu przepływowi ludności czy narkotyków. Nad pozostałymi 3968 milami nie ma odpowiedniej kontroli.[8] Jednocześnie napływające z Kanady informacje o tym, że w największym mieście i jednocześnie stolicy prowincji Ontario – Toronto przegłosowano projekt, dzięki któremu nielegalni imigranci będą mogli bez obaw korzystać z usług miasta, takich jak banki żywności czy schroniska.[9]

            W takich okolicznościach trudno się dziwić, że wielu Meksykanów, zachęcanych także głosami w Stanach Zjednoczonych, zdecydowało się na wyjazd do Kanady. W przygranicznym mieście kanadyjskim Windsor w prowincji Ontario doszło do sytuacji, w której miejscowi urzędnicy przestali sobie wręcz radzić z napływem latynoskich imigrantów. Miasto miało problem z zapewnieniem imigrantom schronisk i pożywienia – płaciło za hotele, a żywność dowożona była taksówkami. Dodatkowo napływały informacje, że w ciągu najbliższego tygodnia kolejnych 7 tys Meksykanów ma zamiar przybyć, by ubiegać się o status uchodźcy. Było to ogromne obciążenie dla miasta, zwłaszcza finansowe. Wydawało się również tym bardziej niezrozumiałe, że Kanada niezwykle rzadko przyznaje Meksykanom status uchodźcy w swoim kraju – dzieje się tak zaledwie w przypadku 27% ogólnej liczby wniosków. Napływający imigranci jednak tłumaczyli, że zostali poinformowani przez The Jerusalem Haitian Community Center (Haitiańskie Centrum Wspólnotowe Jeruzalem), że w Kanadzie czeka na nich lepsze życie i praca, a ponieważ zapłacili za pomoc 400 dolarów od osoby dorosłej i 100 dolarów od dziecka, nie wyobrażali sobie powrotu na Florydę. Przedstawiciele The Jerusalem Haitian Community Center wypierają się jakoby przekazywali imigrantom taką informację.[10] Bez względu jednak na to, czy faktycznie wprowadzono latynoskich imigrantów w błąd czy nie, miasto Windsor musiało zmierzyć się z prawdziwą falą Meksykanów starających się o status uchodźcy.

            Niepokojące są również dane opublikowane przez Canada’s Immigration News Source (Kanadyjskie Centrum Informacji o Imigracji), które ostrzegają, że liczba nielegalnych imigrantów na terenie Kanady wzrośnie znacząco do 2015 roku. Wtedy to wygasną tymczasowe pozwolenia na pracę w Kanadzie przyznane na okres czterech lat ok. 190 tysiącom imigrantów. Liczba  pracowników tymczasowych w Kanadzie niespodziewanie wzrosła już z poziomu ok. 100 tys w 2002 roku do ponad 300 tys w roku 2013. Ogromny ich odsetek stanowią imigranci azjatyccy, głównie Chińczycy.[11]

            Z nielegalną imigracją najczęściej związane jest przykre, lecz niestety powszechne zjawisko przemytu i handlu ludźmi. Kanada nie jest wyjątkiem od tej reguły. Wielu imigrantów usiłuje obejść długą i żmudną drogę przyznania statusu uchodźcy czy legalnego imigranta, uciekając się do pomocy przemytników, którzy, oczywiście za opłatą, mają im pomóc przedostać się na teren państwa północnoamerykańskiego. Warto dodać, że według szacunków ONZ handel ludźmi jest w tej chwili jedną z najbardziej dochodowych działalności przestępczych na świecie.[12] Na skorzystanie z pomocy przemytników decydują się najczęściej ci, którym zmiany w kanadyjskim prawie imigracyjnym uniemożliwiły przyznanie statusu uchodźcy oraz ci, którzy nie są w stanie przedostać się do Kanady w sposób legalny. Przemytnicy często pogrywają z desperacją i niewiedzą imigrantów, przekonując ich, że przemyt jest najszybszą i najlepszą drogą przedostania się na terytorium Kanady. Ci, którzy są najbardziej zdesperowani, by uciec ze swojego kraju, często płacą przemytnikom ogromne pieniądze w nadziei, że to zapewni im bezpieczną podróż do wskazanego kraju. W Kanadzie maksymalną karą za pierwsze wykroczenie związane z przemytem ludzi jest 500 tys dolarów grzywny i dziesięć lat więzienia. Każdy skazany za pomoc w przemycie więcej niż 10 ludzi może już nigdy nie opuścić więzienia. Lecz nawet perspektywa tak wysokiej kary nie powstrzymuje przemytników, którzy niekiedy dostają dziesiątki tysięcy dolarów za przewiezienie jednego człowieka. Te pieniądze mają zapewnić fałszywe dokumenty i przewóz ludzi na różnego rodzaju statkach – począwszy od małych statków, kończąc na transportowcach.[13]

            Trzeba jednak pamiętać, że handel ludźmi i przemyt ludzi to dwa różne zjawiska. Przemyt ludzi to transakcja handlowa pomiędzy dwoma zainteresowanymi stronami dotycząca ruchu przez granice, zazwyczaj w sposób nielegalny. Występuje za zgodą osoby przewożonej, a transakcja kończy się zazwyczaj po przyjeździe. Handel ludźmi jest pogwałceniem podstawowych praw człowieka.. Ma swój początek, gdy jedna ze stron pozbawia drugiej wolności przy użyciu gróźb, przemocy, przymusu, oszustw. Pomimo tych różnic, przemycane osoby mogą stać się ofiarami handlu ludźmi w każdym punkcie procesu przemytu. Ofiary te można znaleźć w branży usług seksualnych, niewolniczej, przymusowej służby, pracy na roli czy w przypadku pracy dzieci.[14]

            Obserwując sytuację, która ma miejsce na wspólnej granicy kanadyjsko – amerykańskiej oraz na całym obszarze granicznym tych państw, prezydent Stanów Zjednoczonych, Barack Obama, oraz premier Kanady, Stephen Harper, 4 lutego 2011 roku doszli do porozumienia zgodnie, z którym oba kraje będą wzmacniać własne środki bezpieczeństwa. Ma to służyć uniemożliwieniu lub przynajmniej zmniejszeniu praktyk przemytu oraz handlu ludźmi na terenie Stanów Zjednoczonych i Kanady oraz zwiększeniu bezpieczeństwa i zmniejszeniu skali zjawiska nielegalnej imigracji. Obaj przywódcy  obiecali również utrzymać suwerenność swoich narodów poprzez pokonywanie różnic dzielących Kanadyjczyków i Amerykanów, by zwiększyć wspólne bezpieczeństwo i przyspieszyć uzasadniony przepływ ludzi, towarów i usług pomiędzy tymi dwoma krajami.[15] Czy działania te  będą na tyle efektownie, by faktycznie zmniejszyć przepływ nielegalnych imigrantów? To okaże się dopiero po upływie czasu.

            Podsumowując, proces imigracji często wydaje się ludziom prosty i kojarzy się z wypełnieniem kilku dokumentów oraz pewnym nakładem finansowym. Sytuacja Kanady – jej problemy z napływającą nielegalnie ludnością, zjawisko przemytu oraz handlu ludźmi – wskazują jednak na złożoność tego problemu oraz ogrom ludzkiej desperacji, która pojawia się, gdy ludzie usiłują uciec do miejsca, które wydaje się dla nich niemal niebem na ziemi w porównaniu z warunkami, z jakimi radzą sobie w kraju ojczystym. Patrząc na determinację tych ludzi można śmiało wyrażać wątpliwość, czy kolejne obwarowania prawne oraz większa ochrona granic będą w stanie powstrzymać ich przed dotarciem do miejsca, w którym chcą się znaleźć.

Autor: Adrianna Mozga

 

Bibliografia:

Przypisy:


[1]    Drenaż mózgów; http://pl.wikipedia.org/wiki/Drena%C5%BC_m%C3%B3zg%C3%B3w ; [12.05.2013 r.]

[2]    Michael Janofsky, 9/11 Panel Calls Policies on Immigration Ineffective;   http://www.nytimes.com/2004/04/17/national/17IMMI.html ; [12.05.2013 r]

[3]             . T. Nguyen, We Are All Suspects Now: Untold Stories from Immigrant Communities after 9/11, Boston, 2006, s. 138 – 140

[4]             . J. H.Thompson, S. J. Randall, Canada and the United States: Ambivalent Allies, Athens, 2008, s. 321 – 322

[5]    Sara Kehaulani Goo, Passenger Lists Sought For Flights Over U.S; http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/articles/A6015-2005Apr20.html  ; [12.05.2013 r.]

[6]    John – pseudonim użytkownika portalu, jego dane personalne zostały utajnione, More US illegal immigrants enter through Canada than Mexico; http://www.canadaupdates.com/content/more-us-illegal-immigrants-enter-through-canada-mexico-16110.html ; [12.05.2013 r.]

[7]    Monica Davey, Abby Goodnough, Illegal Immigrants Chase False Hope to Canada; http://www.nytimes.com/2007/09/21/us/21refugees.html?pagewanted=all&_r=1& ; [12.05.2013 r.]

[8]    John, More US illegal immigrants enter through Canada than Mexico; http://www.canadaupdates.com/content/more-us-illegal-immigrants-enter-through-canada-mexico-16110.html ; [12.05.2013 r.]

[9]    Andy Radia, Toronto becomes Canada’s first ‚sanctuary’ for illegal immigrants; http://ca.news.yahoo.com/blogs/canada-politics/toronto-becomes-canada-first-sanctuary-illegal-immigrants-063301261.html ; [12.05.2013 r.]

[10]  Monica Davey, Abby Goodnough, Illegal Immigrants Chase False Hope to Canada; http://www.nytimes.com/2007/09/21/us/21refugees.html?pagewanted=all&_r=1& ; [12.05.2013 r.]

[11]  IBTimes Staff Reporter – pseudonim użytkownika strony, jego dane personalne zostały utajnione, Illegal Immigration Is Expected To Rise In Canada By 2015;  http://ca.ibtimes.com/articles/430779/20130202/immigration-canada-new-rule.htm ; [12.05.2013 r.]

[12]  Ian Johnson, Human smuggling and trafficking big business in Canada; http://www.cbc.ca/news/canada/story/2012/03/28/f-human-smuggling-overview.html ; [12.05.2013 r.]

[13]  Tamże

[14]  Human Trafficking and Migrant Smuggling; http://www.international.gc.ca/crime/human-traf-personne.aspx [12.05.2013 r.]

[15]  John, More US illegal immigrants enter through Canada than Mexico; http://www.canadaupdates.com/content/more-us-illegal-immigrants-enter-through-canada-mexico-16110.html ; [12.05.2013 r.]

Mara Salvatrucha i Mara 18 to jedne z najbrutalniejszych gangów świata, ich działalność i wzajemne zwalczanie dezorganizuje nie tylko życie Salwadoru, ale także m.in. Stanów Zjednoczonych, Meksyku, Hondurasu, Gwatemali. Są to gangi znane z potwornego okrucieństwa. Aby stać się członkiem jednego z nich trzeba przejść odpowiednie próby wytrzymałości fizycznej i psychicznej – m.in. poddać się biciu przez nie mniej niż 13 sekund, lub zabić członka wrogiej grupy.

Znakiem rozpoznawczym dla członków obu gangów jest to, iż w większości obficie pokrywają swoje ciała tatuażami, także na twarzy, które przedstawiają wydarzenia z ich własnego życia lub znaki charakterystyczne dla jednej z formacji. Przedstawiciele Mary Salvatruchy malują diabelskie rogi, swastyki, sztylety i wulgaryzmy, które stanowią niejako znaki rozpoznawcze gangu. Na plecach często umieszczają symbole swojej „specjalizacji” w ramach grupy; np. granat jest symbolem specjalisty od podkładania materiałów wybuchowych.[1]

1.     Pochodzenie gangów

Oba gangi powstały w Los Angeles, w stanie Kalifornia i zostały założone przez imigrantów. Mara 18, inaczej Gang 18–stej ulicy, sięga swoimi początkami w lat 60. XX w. Stworzyli go młodzi Latynoamerykanie meksykańskiego pochodzenia, którzy byli nękani prześladowaniami przez lokalne grupy przestępcze. Początkowo meksykańskie gangi chroniły swoje dzielnice, a atakowani byli tylko ludzie spoza nich. Sytuacja uległa zmianie, gdy w latach 70. i 80. XX w. do Los Angeles przybyła nowa fala imigrantów. Wzrosła wówczas liczba walczących ze sobą grup przestępczych, a w szeregach Mara 18 zaczęto akceptować nie tylko Meksykanów, ale także innych Latynoamerykanów, zaś ofiarami gangów stali się także właściciele sklepów oraz zwykli mieszkańcy, w tym kobiety i dzieci[2].

Lata 1980 – 1992 to dla Salwadoru zawzięta wojna domowa, która pochłonęła więcej niż 70 tysięcy ofiar. Wszechobecna przemoc, brak pracy, gospodarka w złym stanie spowodowały masową emigrację ponad miliona Salwadorczyków. Pomiędzy 1984 a 1992 rokiem większość z nich osiedliła się  w Los Angeles i w Waszyngtonie. Część z nowoprzybyłych migrantów była związana z gangami już w Salwadorze. Wielu imigrantów nie posiadał dokumentów, liczni doznawali szoku kulturowego, próbując zaklimatyzować się w nowym środowisku. Co więcej, często nie byli oni akceptowani przez istniejącą tam już latynoamerykańską społeczność. Poczucie wyobcowania popychało Salwadorczyków w kierunku gangów. Większość z nich dołączyła do najliczniejszego w owym czasie – Mara 18. Odnalezienie się w przestępczym środowisku dało im odwagę, by przekonać niektórych członków Mara 18 do przyłączenia się do nowo stworzonego gangu Mara Salvatrucha (1985–1988 r.). Nowa grupa szybko się rozrastała, zapewniała ochronę, kontakty dla nowo przybyłych imigrantów. Od początku lat 90. XX w. Mara Salvatrucha była tak silna, by podporządkowywać sobie różne dziedziny życia, zajmowały się zastraszeniami i wyłudzeniami od handlarzy oraz od pozostałych mieszkańców. Nie panowały żadne zasady, poza jedną najważniejszą – wygrywa ten kto jest silniejszy, ten kogo ludzie bardziej się boją. Wobec powyższego Latynoamerykańskie gangi miały w latach 1980 – 1990 duży wpływ na jakoś życia wielu Kalifornijczyków.[3]

2.     Wojna gangów w Salwadorze

W Salwadorze ciągle toczy się walka pomiędzy dwoma wrogimi gangami Mara Salvatrucha i Mara 18. Wojna domowa zakończyła się wprawdzie w 1992 r., uchodźcy powrócili ze Stanów Zjednoczonych do ojczyzny, jednak od tej pory trwa krwawy konflikt między gangami. Migranci przenieśli wzorce amerykańskie na podatny grunt –  do kraju o wyjątkowo trudnej sytuacji gospodarczej i wysokich wskaźnikach bezrobocia.[4]

W związku z tym, że ciała gangsterów są obficie pokryte tatuażami, pokazywanie się w obcej dzielnicy jest bardzo ryzykowne. Łatwa identyfikacja członka konkretnego gangu niesie ze sobą realną groźbę śmierci, często w odwecie za inne ofiary. Pojawienie się w niewłaściwym miejscu jest tym bardziej prawdopodobne, że wrogie dzielnice są położone są niedaleko od siebie, czasami dzieli je tylko pięć minut drogi.

Gangsterzy mówią o swoich przeciwnikach z ogromną nienawiścią, lecz wydaje się, że jest ona powodowana głównie tym, że należą do innej dzielnicy. Wojna Salvatruchy i Osiemnastki to samonakręcająca się spirala nienawiści, której żadna strona konfliktu nie ma ochoty zakończyć. Członkowie wrogich grup nie trafiają już do tych samych więzień, gdy zostaną schwytani, gdyż brutalność jaka w nich panowała, była zatrważająca.[5] Więzienia w Salwadorze przypominają getta, strażnicy znajdują się tylko przy wejściu.

Nie do końca jasne są działania strony rządowej w obecnej sytuacji. Wprowadzony został program o nazwie Mano Dura, którego głównym zadaniem jest zredukowanie przemocy gangów poprzez aresztowania nawet za wygląd (tatuaże, ubiór), a także za sam fakt przebywania z gangsterami. Program jest określany jako „prawo żelaznej ręki” i skupia się na więzieniu przestępców oraz podejrzanych, lecz zupełnie nie kładzie nacisku na ich resocjalizację. Istnieje zaledwie jeden ośrodek, który zajmuje się resocjalizacją kobiet. Członkinie obu gangów przebywają tam razem i zajmują się nauką zawodu. Ich twarze pokryte są tatuażami, które najczęściej zostały im zrobione za karę, gdy nie chciały przystąpić do jednej z grup.

Jednym z głównych zajęć, jakie przypisuje się powszechnie gangsterom jest handel narkotykami. Działania władz w celu  zapobieżenia tej działalności są zadziwiające. Akcje policyjne przeprowadzane są często przy licznej obecności mediów, co nie powinno mieć miejsca, gdyż łatwo jest wtedy spłoszyć podejrzanych, a także nieświadomie ich ostrzec. Nieżyjący już salwadorski działacz społeczny o światowej sławie –  Leonel Gómez – wypowiadając się na temat handlu narkotykami w Salwadorze, zwracał uwagę na to, że gdyby to gangi trudniły się tym przestępstwem, ich członkowie żyliby w zdecydowanie lepszych warunkach, a przecież poziom ich życia w zdecydowanej mierze jest bardzo niski. Gómez wysunął jednocześnie śmiałą tezę, iż w rzeczywistości to rząd stoi za handlem narkotykami, wojna domowa służy zaś jako temat skutecznie odwracający uwagę od faktycznego przemytu kokainy.[6]

3.       Gangi w Stanach Zjednoczonych

Działalność Mara Salvatrucha i Mara 18 stanowi ogromny problem nie tylko dla Salwadoru, ale także dla Stanów Zjednoczonych. Samą Mara Salvatrucha uważa się za drugie największe zagrożenie dla Ameryki zaraz po Al – Kaidzie. Liczbę członków obu grup przestępczych w USA szacuje się obecnie na ok. 50 tysięcy osób, a ich obecność odnotowuje się w ponad 40 stanach. Rząd amerykański wprowadził wprawdzie politykę zmuszającą do emigracji członków grup przestępczych, lecz wielu z nich powróciła do kraju nielegalnie. Deportacje nie odniosły pozytywnego skutku, wręcz przeciwnie pomogły gangom się rozprzestrzeniać. W latach 2005 – 2010 zatrzymano ok. 3 tysiące gangsterów. W ostatnich latach Kongres przeznaczył 100 milionów dolarów, by zapobiec rozwijaniu się transnarodowych gangów.[7]

 Wielu specjalistów uważa, że Mara Salvatrucha to już najgroźniejszy gang na świecie, który przyćmił znaczenie starszych organizacji przestępczych, takich jak Crips i Bloods, których liderzy poprosili nawet amerykańską policję o ochronę. Mara Salvatrucha zajmuje się wszelkimi formami działalności przestępczej, od handlu narkotykami i bronią, przez przemyt ludzi, kradzieże, pobicia, aż po zabójstwa, w tym także na zlecenie. Gangsterzy należący do tej formacji charakteryzują się niezwykłą brutalnością – z zimną krwią zabijają ludzi, ćwiartują ciała i zostawiają w miejscach ogólnodostępnych, aby wzbudzić strach wśród mieszkańców swych dzielnic. Używają do tego nie tylko broni palnej, ale też noży, kijów baseballowych, a nawet maczet. W biały dzień, z bronią w ręku, dokonują też włamań do domów, kradzieży samochodów, porwań czy gwałtów.[8]

Największy problem z działalnością przestępczą Mary Salvatrucha istnieje w mieście narodzin wspomnianych grup – Los Angeles, gdzie obszar jej aktywności obejmuje aż 10 km2.Aby kontrolować swoje terytorium, gang równie często odwołuje się do metod wzbudzających strach, czego wyrazem są np. bardzo liczne graffiti, jak i do samej przemocy. Obszar zdominowany przez Mara Salvatrucha podzielony jest na mniejsze, tzw. kliki, które obejmują około kilkanaście bloków. Członkowie gangu wstępują w jego szeregi nawet w wieku 9 lat, i już wtedy dostają swoje pierwsze zlecenia zabójstw. Każdy biznes działający na obszarze zdominowanym obecnością grup przestępczych, także ten narkotykowy, musi płacić haracz w zamian za „ochronę”. Same gangi także zajmują się handlem narkotykami, a także np. czarnym rynkiem usług seksualnych, gdzie aktualnym liderem w Los Angeles pozostaje MS-13W.

Jak wspomniałam wyżej, działalność Mara Salvatrucha nie ogranicza się jednak tylko do terytorium Los Angeles, ale znacznego obszaru Stanów Zjednoczonych, łącznie ze stolicą kraju – Waszyngtonem. W czerwcu 2003 roku właśnie tam w rzece znaleziono ciało siedemnastoletniej, okaleczonej Brendy Paz, która była członkinią gangu od 13 roku życia. Gdy ją zabito była w ciąży. Wcześniej współpracowała z wymiarem sprawiedliwości i informowała na temat działalności Mary Salvatruchy. Niestety jej „gangsterska rodzina” dowiedziała się o poczynaniach dziewczyny i wymierzyła sprawiedliwość. Trzeba podkreślić, że mało kto z członków gangu decyduje się na współprace z policją, Brenda była w tym względzie wyjątkowa. Mówiła jakiej broni używają członkowie gangu, skąd i jak ją zdobywają, w jaki sposób odbywa się handel narkotykami. Wszystkie te informacje stanowiły cenne wskazówki dla śledczych. FBI starało się zapewnić Brendzie doskonałą ochronę, lecz nie mogło jej uchronić przed samą sobą. Dziewczyna zamiast urwać kontakty z gangsterami urządziła dla nich przyjęcie, podczas którego przeczytali oni jej pamiętnik, opisujący współpracę dziewczyny z policją. Ludzie, którzy zostali wytypowani do zamordowania Paz, byli także jej przyjaciółmi.[9]

Aktualna strategia Prezydenta Baracka Obamy dotycząca transnarodowych sieci kryminalnych polega na ograniczaniu ich siły ekonomicznej poprzez stosowanie szeregu sankcji, takich jak zamrażanie aktyw, czy zakaz używania krajowych systemów finansowych. David Cohen – podsekretarz ds. terroryzmu i wywiadu finansowego, stwierdza iż: „Mara Salvatrucha jest niezwykle brutalnym i niebezpiecznym gangiem, odpowiedzialnym za niezliczoną ilość przestępstw, które bezpośrednio wpływają na dobrobyt i bezpieczeństwo Amerykanów i obywateli Ameryki Środkowej. Ten wskaźnik pozwala nam karać partnerów, którzy popierają Marę Salvatruchę i dostarczać dodatkowe narzędzia, służące przestrzeganiu prawa.”[10]

Mara Salvatrucha i Mara 18 to bez wątpienia jedne z najniebezpieczniejszych amerykańskich gangów, które wciąż dynamicznie się rozwijają. Sprawę komplikuje fakt, iż działają one w wielu krajach Ameryki Północnej i Środkowej. Niestety nie brzmią optymistycznie wieści dotyczące działań rządów, które wypowiedziały wojnę tym grupom przestępczym. Polityka USA w tym względzie przypomina „zamiatanie problemów pod dywan”. Chcąc pozbyć się gangsterów Stany Zjednoczone deportują ich do krajów pochodzenia, co powoduje eskalację działalności gangów w Ameryce Środkowej, a co więcej nie powstrzymuje przed powrotem na teren Stanów Zjednoczonych. Skoro formacje te mają charakter transnarodowy, wydaje się, że najlepszym rozwiązaniem pozostaje międzynarodowa współpraca między policją krajów dotkniętych przestępczą działalnością gangów.

 Autor: Aleksandra Błaszczyk

Bibliografia:

Filmografia:

  • Explorer: World’s Most Dangerous Gang, film dokumentalny, National Geographic, http://www.youtube.com/watch?v=uFGvPnvhXUU
  • Philipson A, Ross Kemp on Gangs, film dokumentalny, Wielka Brytania, 2006-2008
  • Poveda C., La Vida Loca, film dokumentalny, Francja, Hiszpania, Meksyk, 2008

Przypisy:


[2] A. Valdez, The Origins of Southern California Latino Gangs, [w:] T. Bruneau, L. Dammert, E. Skinner (red.), Maras: Gang Violence and Security in Central America, University of
Texas Press, 2011, s. 24.

[3] A. Valdez, The Origins…, [w:] op. cit., s.26.

[4] C. Poveda, La Vida Loca, Francja, Hiszpania, Meksyk, 2008.

[5] Podobno miał miejsce incydent, gdzie członkowie Salwatruchy grali w piłkę nożną głową jednego z zabitych członków Mara 18.

[6] A. Philipson, Ross Kemp on Gangs, Wielka Brytania, 2006-2008.

[8] Najgroźniejsze mafie świata, op. cit.

[9] Explorer: World’s Most Dangerous Gang, National Geographic, http://www.youtube.com/watch?v=uFGvPnvhXUU, dostęp: kwiecień 2013.

[10] U.S.: Mara Salvatrucha among world’s most dangerous groups, http://infosurhoy.com/cocoon/saii/xhtml/en_GB/newsbriefs/saii/newsbriefs/2012/10/12/newsbrief-01, dostęp: kwiecień 2013.

 1.      Wstęp

Przestępczość zorganizowana jest ogromnym problemem w sferze bezpieczeństwa narodowego oraz międzynarodowego. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie jest pojęciem łatwym do zdefiniowania, choć wiele zostało powiedziane na temat tego problemu zarówno naukowo i definicyjnie, jak również fabularnie, w wymiarze popkultury. Czy nie mam racji stawiając tezę, która mówi, że właściwie każdy dorosły człowiek (a często nawet niekoniecznie dorosły) żyjący w strefie wpływów kultury zachodniej zetknął się z dziełami traktującymi na temat zorganizowanej przestępczości? Przecież książki, filmy, a nawet gry komputerowe opowiadające o gangach, przestępcach, przemytnikach, czy w końcu mafii przez duże „m” są powszechnie dostępne i cieszą się ogromną popularnością w przeróżnych kręgach i wśród ludzi o różnych gustach[1]. Nie wspominając już – co akurat przykre – o reportażach, czy po prostu doniesieniach medialnych na temat czynów zabronionych, popełnianych przez grupy ludzi, które organizują i gromadzą się w celach przestępczych. Przecież nawet w Polsce, w której – wbrew powszechnym opiniom – mafii jako takiej nigdy nie było, mieliśmy i mamy duże problemy ze zorganizowanymi działaniami przestępczymi głównie od połowy lat 90. XX wieku oraz na przełomie wieków. „Baranina”, „Pershing”, „Malizna” to pseudonimy, które wszyscy znamy.

W Stanach Zjednoczonych natomiast przestępczość zorganizowana działa bardzo prężnie, jest ugruntowana w kulturze i ma bardzo bogatą historię oraz zasięg działalności, może nawet w stopniu wyższym niż gdziekolwiek indziej. Owszem, można polemizować z tym stwierdzeniem stawiając za przykład Bałkany czy Rosję, ale należy pamiętać o powierzchni USA, gęstości zaludnienia, silnej migracji wewnętrznej i zewnętrznej oraz zróżnicowaniu społecznym zarówno ze względu na pochodzenie etniczne, jak i poziom życia. Swoje robią również bliskość państw Ameryki Południowej, głównie oczywiście Meksyku, oraz mit „amerykańskiego snu”, który bywa interpretowany bardzo różnie.

2.      Zorganizowana przestępczość w USA

Amerykańska definicja przestępczości zorganizowanej wywodzi się z badań Komisji Specjalnej do spraw Stosowania Prawa i Wymiaru Sprawiedliwości (The Commision on Law Enforcement and Administration of Justice) powstałej z inicjatywy prezydenta Lyndona Johnsona w 1966 roku (wraz z modyfikacjami z roku 1990)[2]. Raport tej komisji mówi,  że zorganizowane struktury przestępcze działają celowo i zmierzają do maksymalizacji zysków. Ich działalność obejmuje m.in. hazard, lichwę, produkcję i obrót narkotykami, czy przestępstwa związane z prostytucją. Dodać należy powszechne kamuflowanie nielegalnej aktywności pod przykrywką przedsięwzięć w pełni legalnych. Przestępczość zorganizowana charakteryzuje się złożoną strukturą i długofalowym planem działania (innymi słowami, grupa przestępcza praktycznie nigdy nie nastawia się na dokonanie pojedynczego czynu zabronionego) oraz nielegalnym dążeniem do jak największych dochodów – nie stroniąc przy tym od przemocy.[3] Co ciekawe, w USA nielegalna (na podstawie ustawy o zwalczaniu przestępczości zorganizowanej z 1970 roku) jest już sama zmowa przestępcza (conspiracy)[4] i już za nią skazywani są członkowie grup przestępczych. Dodatkowo oczywiście, oskarżenia obejmują też konkretne przestępstwa, będące wynikiem tej zmowy. Podstawowe kryteria, którymi charakteryzuje się przestępczość zorganizowana, to między innymi: zaspokajanie potrzeb społeczeństwa w sferach zabronionych przez państwo, maksymalizacja zysków przy minimalizacji ryzyka oraz kosztów i nakładu pracy, wzajemne zespolenie i poczucie przynależności, podział ról w grupie, postępująca specjalizacja, przestrzeganie zasad grupy i lojalność, stosowanie przemocy oraz często międzynarodowy charakter.

W Stanach Zjednoczonych można obserwować działalność wielu różnych zorganizowanych grup przestępczych. Najpopularniejszą jest wywodząca się z Włoch cosa nostra („nasza sprawa”), czyli właśnie amerykańska mafia. Swoimi początkami sięga ona jeszcze XIX wieku, kiedy to włoscy imigranci (głównie Sycylijczycy) padali ofiarą swoich rodaków, działających w ramach grupy przestępczej o nazwie Czarna Ręka[5]. Aktywność Czarnej Ręki koncentrowała się na zbieraniu haraczy od włoskich Amerykanów, którzy w większości byli ludźmi przedsiębiorczymi i prowadzili liczne sklepy oraz lokale w wielu miastach USA. Donem, przywódcą Czarnej Ręki, był inteligentny, ale nie posiadający skrupułów, Vito Ferro[6]. Z czasem działalność Czarnej Ręki stała się powszechna. Coraz więcej Włochów,  którzy przybyli do USA w celach bynajmniej nie uczciwego zarobku, zaczęło tworzyć bardziej formalne struktury. W „biznesie” działały całe rodziny, stąd określenie „rodzina mafijna”. Gdy w 1920 roku weszła w życie 18. poprawka do Konstytucji[7] zabraniająca produkcji, sprzedaży i spożywania alkoholu, na silną już grupę mafiosów w Ameryce, zadziałało to jak czerwona płachta na byka. Aktywność mafii skupiła się właśnie na tej sferze interesów, co pozwoliło obywatelom wyrobić sobie względnie pozytywną opinię na jej temat (należy pamiętać, że w czasach prohibicji popyt na nielegalny alkohol był ogromny). Z pewnością można uznać, że mafia w tamtym okresie stała się więc czymś powszechnym. Od tamtego czasu minęło wiele lat, ale zjawisko mafii jest wciąż obecne. Choć teraz działalność mafii skupia się głównie na obrocie narkotykami[8], postępowanie jej członków uległo brutalizacji, a sami mafiosi rzadziej ubierają się w garnitury niż ich odpowiednicy z lat 30. i 40. XX wieku, to wciąż istnieje, znanych nam z „Ojca Chrzestnego”, pięć nowojorskich rodzin (obecnie te rodziny to: Genovese, Gambino, Lucchese, Bonanno i Colombo) oraz ogólnonarodowa Komisja (w skład której wchodzi 5 nowojorskich rodzin oraz tzw. Chicago Outfit, niegdyś rządzony przez Ala Capone[9]). Choć prymitywniejsi, niż kiedyś, gangsterzy ci wciąż trzymają się pewnych sztywnych zasad, tak zwanych 10 przykazań[10]. Reguły te, tworzą pewnego rodzaju mit, który powiązany jest z renomą i klasą ludzi, będących przecież wciąż zwykłymi przestępcami.

Poza znaną wszystkim, skądinąd amerykańską, cosa nostrą, na terenie USA działają (lub/i działały) też inne organizacje przestępcze, nierzadko groźniejsze, niż wyżej opisana[11]. A wśród nich na przykład, mające wpływy w całych Stanach, gangi Bloods i Crips (założone na przełomie lat 60. i 70. XX wieku w Kalifornii uliczne grupy składające się głównie z czarnoskórych mieszkańców kraju), kartele narkotykowe z Ameryki Łacińskiej, Black Mafia Family (brutalna organizacja skupiająca się na rozprowadzaniu narkotyków), Dixie Mafia (południowa część kraju), czy mafie z innych krajów, tj. Rosja, Irlandia, Japonia, Chiny, a nawet Kosher Nostra, czyli żydowska mafia, którą niegdyś rządził znany Meyer Lansky. Pamiętajmy, że obecne czasy, to już nie jest okres prohibicji alkoholowej i dobrze ubranych Donów z cygarem w ręku. Przeciętnym obywatelom zorganizowana przestępczość bardzo rzadko kojarzy się pozytywnie.

3.      Przeciętny Amerykanin a problem zorganizowanej przestępczości

Dość wąskiej, aczkolwiek zróżnicowanej grupie amerykańskich obywateli, udało mi się zadać kilka pytań dotyczących omawianego problemu. Ich odpowiedzi – ku mojemu zaskoczeniu – są bardzo przemyślane. Respondenci nie odpowiedzieli na nie lekceważąco, a ich opinie okazały się w dużej mierze nie tylko bardzo budujące, ale również w zwykły, ludzki sposób interesujące. Dwóch moich respondentów mieszka w stanie Michigan – Jim ma 21 lat i jest studentem z małego miasteczka w tymże stanie, Victor natomiast gra w rockowym zespole, mieszka w Detroit i ma 38 lat. Preston z Arkansas jest byłym żołnierzem, ale dalej pracuje w służbach, ma 30 lat. 22-letni David z Connecticut jest studentem. Robert ma 36 lat i pracuje w korporacji, mieszka w Texasie. Todd ma lat 47, jest drwalem, żyje w Vermont, choć część życia spędził w Montanie.

Czy kiedykolwiek byłeś świadkiem lub słyszałeś o jakiejkolwiek organizacji przestępczej (lub przestępstwach przez nią popełnionych) w mieście, w którym mieszkasz? Jeśli tak, co to było (może być to wspomnienie nawet z dalekiej przeszłości)?

Trzech moich respondentów, w tym dwóch z Michigan, odpowiedziało na to pytanie przecząco (co dziwne, biorąc pod uwagę opinie na temat przestępczości w Detroit), co najwyżej było im dane spotkać dilerów narkotykowych, czyli przestępców najniższego szczebla, którzy ze zorganizowaną przestępczością mają niewiele wspólnego. Respondent z Connecticut przyznał, że żyje niemal w bajkowej okolicy, gdzie o takich rzeczach nie ma mowy, a największą sensacją był 10 lat temu aktywny członek Ku Klux Klanu, który agitował na rzecz segregacji rasowej. Zdecydowanie ciekawsze historie do opowiedzenia mieli Preston, Robert i Todd. Ten pierwszy często spotyka się z przestępczością ze względu na specyfikę swojej pracy. Pomijając kwestię zabójstwa na zlecenie, ma dużo do powiedzenia na temat działalności Cripsów i Bloodsów w USA: „Doszło do tego, że w ich strukturach są naprawdę młodzi ludzie, dzieci, które są uczone jak być przestępcą. Gang-banging, narkotyki, walka z innymi bez konkretnego powodu, napady z bronią w ręku (i bez niej), zabójstwa, te dzieciaki są uczone etyki i wartości przez kolegów z gangu, zamiast przez rodziców. W ten sposób trend przechodzi na ich potomstwo w przyszłości… jeśli dożyją, żeby je mieć”. Mój rozmówca twierdzi, że widział zarówno 70-letnich jak i 11-letnich członków tych gangów. Uważa, że prawo nie przewiduje wystarczających konsekwencji i że nie odstrasza tak jak powinno. Czy nie widzimy tego samego w Polsce, gdzie za pobicie i zabójstwo bezdomnego dostaje się wyrok w zawieszeniu? Robert z kolei przyznał, że jako były motocyklista miał styczność z gangami motocyklowymi działającymi pod parasolem Bandidos MC (międzynarodowa grupa przestępcza), które dumnie chwalą się tym, że jako wyjęci spod prawa są jednym procentem motocyklistów, ale pozostałym 99-ciu procentom robią przez to bardzo negatywną opinię. Robert nie widział jednak na własne oczy przestępstw popełnianych przez tych ludzi. Todd natomiast podzielił się ze mną historią, która zdeklasowała wszystkie pozostałe: „Gdy przeprowadziłem się do Montany, był tam gość, nazywał się Al Luciano. Miał mnóstwo forsy, miał mnóstwo posiadłości, kilka z nich na naprawdę dalekich przedmieściach. Musiałbyś znać okolicę, żeby uświadomić sobie jak dalekie te przedmieścia były, ale powiedzmy, że z miasta jechało się tam godzinę, a wokół był tylko las. W każdym razie, miał tam bardzo ładny dom. Miał „przyjaciół” z Nowego Jorku, którzy przyjeżdżali i pomieszkiwali tam po dwa, trzy miesiące. Okazało się, że jego wujkiem był „Lucky” Luciano, gruba ryba w gangsterskim świecie Nowego Jorku połowy wieku XX. Jak łatwo się domyślić, to byli goście poszukiwani przez policję. Zostawali u niego, dopóki sprawy nie ucichły, potem wracali do domu. A sam Al był bardzo w porządku. Mój tata kumplował się z nim, więc miałem okazję go dobrze poznać. Był zwykłym gościem, ale wiadomo było, że w każdej chwili mógł zadzwonić po „kolegów” jeśli by zaszła taka potrzeba.”. Co ciekawe, w Internecie można znaleźć informacje na temat pana Luciano, który biorąc przykład z wujka (choć nie aż tak drastycznie), dawał się we znaki policji w Montanie.

Jak często (jeśli w ogóle) słyszysz o zorganizowanej przestępczości w Twoim kraju w mediach?

Tu moi rozmówcy byli zgodni – dosłownie każdy z nich przyznał, że dzieje się to bardzo rzadko, dosłownie parę razy do roku. Jedynie w sytuacjach większych sukcesów FBI lub na południu USA, gdzie we znaki dają się meksykańskie kartele.

Jak w twojej opinii wygląda obecna sytuacja dotycząca wojny państwa ze zorganizowaną przestępczością?

Victor stwierdził, że zorganizowana przestępczość była, jest i będzie. Nie bardzo wierzy, że da się z nią wygrać. Podobną opinię słyszę od Prestona, ale on dodaje jeszcze, że należy pamiętać o służbach, które robią, co tylko mogą. Podobnie twierdzą Robert i Todd, sugerując, że dużym problemem są strach przed zeznawaniem i anonimowość, za którą ukrywają się członkowie grup przestępczych. System Ochrony Świadków również został wspomniany, jako jeden ze sposobów na zachęcanie ludzi do pomocy służbom. David odwołał się do trwającej w Stanach war on drugs, podkreślając, że tak długo jak rząd nie będzie starał się  poprzez edukację obywateli zmniejszać popytu na narkotyki, tak długo zawsze znajdzie się ktoś skłonny zaryzykować przemyt/handel, a to przecież napędza zorganizowaną przestępczość.

Jak widzisz zorganizowaną przestępczość i jej członków historycznie i współcześnie? Czy myślisz, że ich działania mogą (lub mogły w przeszłości) być uzasadnione na przykład przez politykę państwa lub specyficzną sytuację (np. prohibicja)?

Poza wywrotową odpowiedzią Victora, który stwierdził, że tak długo, jak nie dotyka ona przeciętnego obywatela, to on popiera przestępczość zorganizowaną, każdy z respondentów przyznał, że jest to trudne pytanie. David twierdzi, że nic nie usprawiedliwia przemocy, że są lepsze sposoby na zademonstrowanie obywatelskiego nieposłuszeństwa, niż przestępstwa. Przyznał jednak, że wszystko zależy od punktu siedzenia, dając za przykład syryjskich wywrotowców, którzy z punktu widzenia rządu są zorganizowani i są przestępcami, a przecież walczą o wolność. Podobna jest opinia Roberta, który dodaje, że to zwycięzcy piszą historię i nierzadko w historii, po latach przestępstwa nazywane zostawały czynami heroicznymi. Daje za przykład początek amerykańskiej państwowości i opieranie się Koronie Brytyjskiej. Jim uważa, że prawo jest po to, aby go przestrzegać i że ani motywy polityczne, ani ładne garnitury w przeszłości nie powinny usprawiedliwiać uprawiania gangsterki. Todd zgadza się z poprzednikami, dodając na marginesie, że państwo powinno bardziej zająć się wewnętrznymi problemami bezpieczeństwa, a nie tym, co dzieje się na Bliskim Wschodzie. Każdy z respondentów twierdzi, że prohibicja była beznadziejnym pomysłem.

W Stanach jest dość duży współczynnik przestępczości, co według Ciebie jest największym zagrożeniem dla przeciętnego obywatela w kwestii przestępczości?

Czworo moich respondentów przyznało, że wszelkiego rodzaju kradzieże, rabunki i napady (wszystkie określane jako petty crimes, czyli przestępstwa o niskiej szkodliwości). Ponadto narkotyki, brak edukacji w sferach samoobrony prewencyjnej i ogólnego unikania stania się ofiarą. Co ciekawe, również kradzież tożsamości, która uważana jest za ogromne zagrożenie w XXI wieku, pojawiła się jako jedna z odpowiedzi.

4.      Podsumowanie

Media milczą na temat zorganizowanej przestępczości w USA. Czy dzieje się tak przypadkowo, czy może faktycznie kraj ten ma poważniejsze problemy w sferze bezpieczeństwa? Trudno odpowiedzieć na to pytanie, niewątpliwie wojna z terroryzmem to temat numer jeden, ale czy to oznacza, że zorganizowanej przestępczości nie ma, nie jest groźna? Jest to raczej wątpliwe. Dobrze jednak, że nie jest to główny problem spędzający sen z powiek obywatelom, tak jak było to kiedyś. Dobrze, że obywatele czują się względnie bezpieczni, a za największe zagrożenia uważają przestępstwa niskiej kategorii. Bardzo źle natomiast, że ludzie stają się przestępcami w tak młodym wieku. Bardzo źle, że prawo przestaje odstraszać przestępców. Jest to chyba problem globalny. Często poruszana kwestia narkotyków jest również problemem o skali. Przemysł narkotykowy napędza machinę zorganizowanej przestępczości w USA i na całym świecie. Czy jest to powód, aby przyjrzeć się bliżej polityce narkotykowej i panującym na świecie trendom w tej dziedzinie? Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. A problem sam w sobie byłby świetnym materiałem na niejeden artykuł pokroju niniejszego.

Autor: Aleksander Kicior

 

Przypisy:

[1] Kusion M. Kryminologiczna analiza filmowych wizji przestępczości zorganizowanej,[w:] „Apeiron” – zeszyt naukowy nr 5 Wyższej Szkoły Bezpieczeństwa Publicznego i Indywidualnego w Krakowie, Kraków 2011, s. 65-115

[2] Mądrzejowski W. Przestępczość zorganizowana: systemy zwalczania, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2008, s. 32.

[3] Tamże, s. 31-32

[4] Tamże, s. 32

[6] Tamże

[10] Ten Commandments of the Mafia, film Discovery, 2004 r.

[11] http://en.wikipedia.org/ [6.05.2013r.]

 

Bibliografia:

 

ilustracja

Autor rysunku: Olga Janocha

Pod koniec lat 90. Katherine Sharpe wyprowadziła się z rodzinnego domu, by rozpocząć studia. Zmianom towarzyszyły problemy miłosne, nagła tęsknota za domem i lęki – zestaw  bolączek dosyć topowy dla tego okresu (jak obecnie, z dystansem, twierdzi sama Sharpe[1]). Rozwiązaniem miała okazać się recepta na Zoloft[2], z którą opuściła gabinet po rutynowej dwudziestominutowej wizycie w studenckiej przychodni. Stosowanie antydepresantów nie stanowiło wówczas tematu niezobowiązujących rozmów, zatem Sharpe samodzielnie starała się oswoić nową sytuację. Przyzwyczaiła się do postrzegania siebie jako chorej i, zgodnie z zaleceniami, przyjmowała leki, które poprzez regulacje poziomu serotoniny miały przywrócić jej dobry nastrój. Kiedy pewnego wieczoru rozmowa w gronie koleżanek potoczyła się ku antydepresantom okazało się, że każda z dziewcząt ma, lub miała z nimi do czynienia. Innymi słowy: wśród najbliższych znajomych Katherine rzekomo nie było nikogo w pełni zdrowego psychicznie. Zdumienie wywołane tym odkryciem po latach przybrało kształt książki[3]. Wydane w czerwcu 2012 Coming of Age on Zoloft: How Antidepressants Cheered Us Up, Let Us Down, and Changed Who We Are to krytyczny głos pacjenta w dyskusji nad niepokojącym wzrostem zażywania antydepresantów przez Amerykanów. Sharpe, bazując nie tylko na własnym doświadczeniu, przedstawia rosnące zażywanie środków przeciwdepresyjnych jako szerszy, generacyjny problem, który obecnie tylko się pogłębia.

Głos Katherine Sharpe splata się z opiniami ekspertów w żywej dyskusji, która zyskała na sile, gdy przypuszczenia przybrały formę obiektywnych danych zawartych w raporcie[4] sporządzonym przez CDC (Centrum Kontroli Chorób) i opublikowanym w październiku 2011 roku. Zgrabnego podsumowania raportu dokonał Allen Francis w  artykule Antidepressant Use Has Gone Crazy: Bad News From the CDC z 28 października 2011[5]. Badania CDC dowodzą przede wszystkim, że liczba osób stosujących antydepresanty stale rośnie, osiągnąwszy niepokojącą wartość 11% obywateli USA. Środki przeciwdepresyjne wymienia się obecnie jako trzecie spośród najczęściej przepisywanych leków w ogóle, a w grupie wiekowej 18-44 lata – jako pierwsze. W ciągu 15 lat użycie antydepresantów wzrosło o 400%. Dodatkowo, bardzo często leczeniu farmakologicznemu poddawane są niewłaściwe osoby. Zaledwie 1/3 rzeczywiście cierpiących na depresję stosuje odpowiednie leki, podczas gdy pozostali zażywają je bez wyraźnej potrzeby. Wielu ludzi stosuje środki psychoaktywne na zasadzie placebo, tylko na tym tracąc: płacą za leki, pozostając obojętnymi na ich główny aktywny składnik i doświadczają jednocześnie wielu skutków ubocznych. Frances zwraca również uwagę, że wielu pacjentów prawdopodobnie poddawanych jest zbyt długiej kuracji. Zgodnie z danymi przedstawionymi w raporcie odpowiednio ponad 60% badanych zażywa antydepresanty przez więcej niż 2 lata i 14% – przez więcej niż 10 lat. Nie neguje faktu, że w  przypadkach ciężkiej depresji długotrwała terapia jest nieodzowna, jednak gdy objawy są delikatne lub choroba rzeczywiście nie istnieje, oznacza to tylko sztuczne przedłużanie stosowania leków o iluzorycznym działaniu. Podsumowując negatywne zjawiska ujawnione w raporcie, Frances zwraca uwagę, że recepty niekiedy wypisywane są przesadnie swobodnie. Mniej niż 1/3 stosujących antydepresanty w minionym roku zasięgnęła opinii psychiatry. Większość recept pochodzi od lekarzy pierwszego kontaktu z zaledwie podstawową wiedzą w zakresie leczenia psychiatrycznego i działających pod wpływem koncernów farmaceutycznych.

Eksperckiej opinii Allana Francesa pikanterii dodaje fakt, że sam w pewnym sensie ponosi odpowiedzialność za status quo. Próby zdefiniowania psychiatrii na nowo i odejścia od freudyzmu (jak wskazuje Marcia Angell[6] w ślad za Robertem Whitakerem[7]) zapoczątkowały wprowadzenie na rynek pierwszych leków psychoaktywnych w latach 50. Stopniowo pojawiające się leki oryginalnie nie miały służyć leczeniu chorób psychicznych, opracowano je jako środki leczące infekcje i dopiero wtedy zauważono, iż zmieniają stan psychiczny pacjentów. Na początku nikt nie miał pojęcia, w jaki sposób działają. (…) W ciągu następnych 10 lat naukowcy odkryli, że leki te, a także ich nowsze odpowiedniki, oddziałują na niektóre związki chemiczne w mózgu[8]. Opierając się na tych odkryciach opracowano hipotezę, w myśl której choroby psychiczne to efekt zaburzenia równowagi chemicznej w mózgu. Nowa teoria była w stanie nadać blasku psychiatrii na kolejne dwie dekady. Kiedy w latach 70. zdano sobie sprawę ze skutków ubocznych zażywania leków, a ruch antypsychiatrii zyskiwał na wyrazie, posługując się tak sugestywnymi obrazami jak ekranizacja Lotu nad kukułczym gniazdem, Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne podjęło próbę stworzenia kolejnej, trzeciej już klasyfikacji zaburzeń psychicznych, tzw. DSM-III, która zgodnie z przewidywaniami prezesa Towarzystwa, Jacka Weinbera, miała rozwiać wszelkie wątpliwości co do tego, czy psychiatria jest czy nie jest gałęzią medycyny[9]. DSM-III opublikowane w 1980 roku  zawierało kryteria dla 265 zaburzeń (poprzednie – dla 182, nastąpił zatem znaczny wzrost liczby jednostek chorobowych). Co ważne, nowa wersja klasyfikacji zaburzeń stała się punktem odniesienia nie tylko dla samych psychiatrów – zaczęli z niej korzystać przedstawiciele innych specjalizacji medycznych, firmy ubezpieczeniowe, sądy, szpitale, więzienia, szkoły i agencje rządowe. Jak argumentuje Marcia Angell[10], poza umożliwieniem stawiania obiektywnych diagnoz, nowe opracowanie miało uzasadnić stosowanie leków psychiatrycznych w coraz większej liczbie przypadków uznanych za choroby psychiczne. W kolejnym epizodzie tej historii jedną z głównych ról odegrał wspominany Allan Frances. DSM-IV opracowana przez zespół pod jego kierownictwem poszerzyła katalog o kolejne 100 typów zaburzeń, wyszczególniając ich już 365. Daniel Carlat[11] zauważa, że z każdym kolejnym wydaniem liczba kategorii diagnostycznych rośnie, a DSM robi się coraz grubsza i droższa. Każda kolejna edycja jest dla Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego bestsellerem i do dziś stała się jednym z głównych źródeł dochodu tej organizacji. Ta biblia psychiatrii, pozbawiona odniesień do innych publikacji naukowych sprzedała się w milionach egzemplarzy i do dziś stanowi jedno z głównych źródeł dochodu Towarzystwa.

W 1999 roku Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne rozpoczęło prace nad DSM-V, którego publikację planuje się na rok 2013. Nowa klasyfikacja będzie kontynuacją powyższych trendów, co pozwala przypuszczać, że okaże się jeszcze obszerniejsza, ponieważ kryteria diagnostyczne zostaną poszerzone. Rozważa się propozycję sklasyfikowania nowych zaburzeń tj. „zaburzenie nadpobudliwości seksualnej”, czy „zespół gwałtownego objadania się”.[12] Wobec takiego obrotu spraw krytycznie wypowiedział się nawet wspomniany Allen Frances – DSM-V będzie żyłą złota dla przemysłu farmaceutycznego, za co wysoką cenę zapłacą niesłusznie zdiagnozowani pacjenci złapani w zbyt szeroko zastawione sieci DSM-V[13]. Zespół pracujący nad klasyfikacją broni się mówiąc, że nieleczone zaburzenia, na które cierpi do 50% pacjentów mogą mieć poważne. Nie wspomina natomiast wprost o swojej współpracy z przemysłem farmaceutycznym.[14]

Jak słusznie argumentuje Allen Frances, zjawisko nadużywania antydepresantów zbiegło się w czasie z uzyskaniem przez koncerny farmaceutyczne od władz federalnych przyzwolenia na docieranie z reklamami leków na receptę bezpośrednio do klientów[15]. Leki przeciwdepresyjne ze stron czasopism branżowych trafiły zatem do telewizji czy Time’a[AM1] , a przy pomocy specjalistów z Madison Avenue szybko stały się obiektem pożądania. Narracja stosowana w reklamach antydepresantów zarówno w odniesieniu do lekarzy, jak i potencjalnych „pacjentów-klientów” bazuje na lęku wynikającym z niemożliwości sprostania stawianym im wymaganiom. Lekarze boją się, że nie zdołają pomóc swoim pacjentom; zwykli ludzie (w materiałach reklamowych zdecydowanie najczęściej pojawiają się kobiety[16]) – że przez swój stan mogą zawieść swoich najbliższych. Leki, które mają m.in. pomóc w łagodzeniu lęku, za pośrednictwem reklamy dodatkowo go potęgują. Co więcej, kampanie medialne utrwalają przekonanie (z którym wielu ekspertów obecnie nie może się zgodzić), że depresja jest wynikiem nierównowagi chemicznej w mózgu i nie ma podłoża charakterologicznego. Tym samym pacjentów czyni się niemal bezbronnymi i zdanymi na leki, pozbawionymi mocy sprawczej.

Koncerny farmaceutyczne prowadzą zatem dwutorową ofensywę. Wspierani przez nie eksperci systematycznie pracują nad rozszerzaniem definicji zaburzeń psychicznych, a kampanie reklamowe budzą w ludziach potrzebę stosowania antydepresantów. Szczególny status psychiatrów w kalkulacjach producentów leków tłumaczy się faktem, że ich dziedzina z jednej strony coraz silniej opiera się na lekach, z drugiej – jest stosunkowo mało obiektywna, a definicje schorzeń można poszerzać i reinterpretować. O kulisach współpracy z rozbrajającą szczerością opowiada z perspektywy pozbawionego złudzeń insidera Daniel Carlat[17]. Z prozaicznych przyczyn zastępuje się rozmowę z pacjentem odpowiednią receptą – jest to dla psychiatrów po prostu opłacalne. Dzięki ekspresowej analizie opartej na dopasowaniu objawów do jednostek chorobowych opisanych w DSM, lekarz jest w stanie pomnożyć swoje zyski i dodatkowo wytworzyć aurę doskonałego zrozumienia dla problemu chorego. Oczywiście przy tak nieostrych kryteriach pacjentom można postawić zazwyczaj więcej niż jedną diagnozę, ale i na to jest metoda: celujemy lekami w poszczególne objawy, a skutki uboczne leczymy za pomocą dodatkowych medykamentów. W przeważającym stopniu nasz wybór leków jest subiektywny, a nawet przypadkowy. Twój psychiatra może być dziś w nastroju na Lexapro, ponieważ właśnie odwiedziła go atrakcyjna przedstawicielka handlowa producenta tego leku. (…) I taka jest właśnie nowoczesna psychofarmakologia. Kieruje się wyłącznie objawami, bez rzeczywistej wiedzy na temat tego, co próbujemy wyleczyć lub jak działają leki. Nie mogę wyjść ze zdumienia, że dla tak wielu pacjentów okazujemy się tacy skuteczni[18].

Według niektórych obserwatorów firmy farmaceutyczne w swoim działaniu upodabniają się do handlarzy narkotykami, mając nad nimi oczywistą przewagę – ich produkt jest legalny. Oferują ludziom (coraz częściej dzieciom) leki psychoaktywne,  początkowo udostępniane za darmo jako próbki dystrybuowane wśród psychiatrów. Środki te na krótką metę poprawiają samopoczucie pacjentów, jednak w dłuższej pespektywie nie tylko pogarszają ich stan, ale również silnie uzależniają. Próba rezygnacji skutkuje „syndromem odstawienia”. Stąd zapewne panujący w branży pogląd, że osoby raz poddane terapii lekami psychoaktywnymi, prędzej czy później wrócą do psychiatry. Tym większy niepokój wynikający z faktu, że producenci w ostatnich latach celują także w dzieci, z biznesowego punktu widzenia stanowiące niezwykle wartościową grupę docelową. Wywołanie silnego uzależnienia u „pacjentów” już w wieku dziecięcym gwarantuje pewną sprzedaż i lojalnego klienta na długie lata. Raz uzależnieni nie są wstanie uwolnić się od przyjmowania używek, bez względu na skutki uboczne. W tym ujęciu aktywność psychiatrów, skoncentrowanych głównie na przepisywaniu psychotropów, można postrzegać rzeczywiście jak działania dealerów narkotyków. Trzeba jednocześnie pamiętać, że prawo w USA niemal zawsze opowiada się po stronie kartelów psychofarmaceutycznych. Rodziców, którzy nie zgadzają się z opinią i zaleceniami psychiatry, oskarża się często o zaniedbywanie „potrzeb medycznych dziecka”, co może skutkować nawet ograniczeniem ich praw rodzicielskich. Pozycja producentów jest tak silna, że nawet postulowany przez Francesa[19] powrót do zakazu bezpośredniego reklamowania leków na receptę nie jest w stanie zmniejszyć skali stosowania leków psychoaktywnych.

W grudniu 2006 roku w małej miejscowości niedaleko Bostonu zmarła czteroletnia Rebecca Riley. Dziewczynka przyjmowała Klonidynę i Depakote, które wcześniej zostały przepisane by leczyć ADHD i zaburzenia dwubiegunowe u dwuletniego wówczas dziecka. Poważne dolegliwości zdiagnozowane u dziewczynki niwelowano przy pomocy środków z założenia służących obniżaniu ciśnienia krwi i przeciwdziałaniu padaczce; żaden z nich nie był odpowiedni dla jej wieku[20]. Matka Rebecki zwróciła się do psychiatry, ponieważ nie mogła poradzić sobie z ruchliwością dziecka i problemami z zasypianiem. Przeszło jej przez myśl, że tego typu zachowania mogą być czymś typowym u dwulatki, jednak psychiatra rozwiał wszelkie wątpliwości wręczając Carolyn Riley receptę dla córki[21]. W dniu śmierci Rebecce podano dodatkowe pół tabletki Klonidyny, ponieważ czterolatka miała problemy z zaśnięciem około godziny 18. Rileyowie zostali uznani winnymi śmierci córki i skazani prawomocnym wyrokiem sądu. Sztuczne rozszerzanie spektrum aberracji i dopasowywanie do każdej z nich leków okazało się fatalne w skutkach. Usilne próby pozbawienia zaburzeń psychicznych nimbu tajemniczości i nadania im naukowego sznytu przez lekarzy hojnie wspomaganych przez koncerny farmaceutyczne doprowadziło do absurdalnej sytuacji i, póki co, nic nie zapowiada zmiany na lepsze.

 Autor: Olga Janocha

Przypisy:


[2] Zoloft to handlowa nazwa sertraliny, organicznego związku chemicznego, leku przeciwdepresyjnego nowej generacji o działaniu antylękowym i przeciwdepresyjnym.

[3] David Dobbs, Groving Up on Zoloft – Talking Drugs, Depression, And Identity With Katherine Sharpe, http://www.wired.co m/wiredscience/2012/06/growing-up-on-zoloft-talking-drugs-depression-and-identity-with-katherine-sharpe/ (9.04.2013)

[4] Laura A. Pratt, Ph.D.; Debra J. Brody, M.P.H.; and Qiuping Gu, M.D., Ph.D, Antidepressant Use in Persons Aged 12 and Over: United States, 2005–2008, http://www.cdc.gov/nchs/data/databriefs/db76.pdf (10.04.2013)

[5] Allen Frances, Antidepressant Use Has Gone Crazy: Bad News From the CDC, http://www.psychiatrictimes. com/blog/couchincrisis/content/article/10168/1979603 (11.04.2013)

[6] Marcia Angell, The Epidemic of Mental Illness: Why? http://www.nybooks.com/articles/archives/2011/ jun/23/epidemic-mental-illness-why/ (11.04.2013)

[7] Robert Whitaker, Anatomy of an Epidemic: Magic Bullets, Psychiatric Drugs, and the Astonishing Rise of Mental Illness in America, Crown, 2010. (Anatomia epidemii: cudowne środki, leki psychiatryczne i zadziwiający wzrost liczby chorych psychicznie w Ameryce)

[8] Marcia Angell, The Epidemic of Mental Illness: Why? http://www.nybooks.com/articles/archives/2011/ jun/23/epidemic-mental-illness-why/ (11.04.2013)

[9] Mateusz Rolik, Naród na prochach, cz. 2, http://nowadebata.pl/2011/09/24/narod-na-prochach-cz-2/ (10.04.2013)

[10] Marcia Angell, The Illusions of Psychiatry, http://www.nybooks.com/articles/archives/2011/jul/14/illusions-of-psychiatry/ (11.04.2013)

[11] Daniel Carlat, Unhinged: Trouble with Psychiatry – A Doctor’s Revelations about a Profession in Crisis (Stuknięci: kłopoty z psychiatrią – wyznania lekarza na temat profesji w kryzysie)

[12] Marcia Angell, The Illusions of Psychiatry, http://www.nybooks.com/articles/archives/2011/jul/14/illusions-of-psychiatry/ (11.04.2013)

[13] Allen Frances, A Warning Sign on the Road to DSM-V: Beware of Its Unintended Consequences, http://www.psychiatrictimes.com/display/article/10168/1425378 (12.04.2013)

[14] ibidem

[15] Allen Frances, Antidepressant Use Has Gone Crazy: Bad News From the CDC, http://www.psychiatrictimes. com/blog/couchincrisis/content/article/10168/1979603 (11.04.2013)

[16] Katherine Sharpe, Bad Mothers and Single Women: A Look Back at Antidepressants Advertisments, http://www.huffingtonpost.com/katherine-sharpe/antidepressant-advertising_b_1586830.html#s107322

2&title=A_unique_structure

[17] Daniel Carlat, Unhinged: Trouble with Psychiatry – A Doctor’s Revelations about a Profession in Crisis (Stuknięci: kłopoty z psychiatrią – wyznania lekarza na temat profesji w kryzysie)

[18] ibidem

[19] Allen Frances, Antidepressant Use Has Gone Crazy: Bad News From the CDC, http://www.psychiatrictimes. com/blog/couchincrisis/content/article/10168/1979603 (11.04.2013)

[20] Marcia Angell, The Illusions of Psychiatry, http://www.nybooks.com/articles/archives/2011/jul/14/illusions-of-psychiatry/ (11.04.2013)

[21] CBSNews, What Killed Rebecca Riley, http://www.cbsnews.com/8301-18560_162-3308525.html


Początki „War on Drugs” w Stanach Zjednoczonych sięgają roku 1971, kiedy prezydent Richard Nixon ogłosił „wojnę z narkotykami”. W założeniu nowe prawa miały ograniczyć handel narkotykami i ich spożywanie. Działanie Nixona było efektem wzrostu popularności narkotyków wśród przedstawicieli średniej klasy w latach 60. Początek lat 70. przyniósł również informację o wzroście uzależnienia od heroiny wśród żołnierzy walczących w Wietnamie. Te niepokojące statystyki doprowadziły do utworzenia takich organizacji jak Bureau of Narcotics and Dangerous Drugs (Biuro ds. Narkotyków i Niebezpiecznych Środków Odurzających)  i Narcotics Treatment Administration (Administracja ds. Narkotyków) . Jednak prawdziwa walka rozpoczęła się właśnie 17 VI 1971, po wystąpieniu Nixona, który scharakteryzował narkotyki jako „wroga publicznego numer jeden” .[1] 30 lat później, w 2001 roku szacowało się, że w Stanach Zjednoczonych około 16 milionów osób przynajmniej raz w życiu spożywało narkotyki.[2]

Warto zaznaczyć, że nie był to pierwszy raz, gdy rząd Stanów Zjednoczonych regulował spożycie substancji szkodzących zdrowiu. Za dobry przykład posłużyć tu może chociażby prohibicja alkoholu w 1919 roku.

Działania te, którym przyświecają wzniosłe idee walki ze złem, w rezultacie doprowadzają jednak do osadzania coraz większej ilości młodych ludzi w więzieniach, skazanych za posiadanie, handel lub spożywanie narkotyków. W 1994 roku ogłoszono, że co roku do więzienia za posiadanie narkotyków trafia 1 mln Amerykanów. W 2008 było to już 1,5 mln.[3]

Obecnie głównym organem walczącym z handlem narkotykami jest Office of National Drug Control Policy (Biuro Narodowej Kontroli Polityki Narkotykowej). Organizacja ustanowiona została w 1989 r. na mocy Ustawy o Przeciwdziałaniu Narkomanii (Anti-Drug Abuse Act) z roku wcześniejszego. ONDCP zajmuje się kontrolą rynku narkotykowego i dzięki temu ogranicza produkcję i spożycie niezdrowych substancji. Obecnym dyrektorem (powszechnie nazywanym „Drug Czar”) jest Gil Kerlikowske.

 Inną ważną organizacją walczącą z narkotykami z ramienia rządu amerykańskiego jest Drug Enforcement Administration (Administracja do Walki z Narkotykami). DEA powstała w 1973 roku, za kadencji Richarda Nixona.

 Walka z popytem na narkotyki

 Od końca lat 90. XX wieku rozwijała się National Youth Anti-Drug Media Campaign, (Narodowa Młodzieżowa Kampania Antynarkotykowa) mająca za cel redukcję spożycia narkotyków wśród młodzieży. W sierpniu 2001 roku kampania została uznana za najbardziej skuteczną i widoczną formę walki z problemem narkotykowym, co tłumaczone było ogromnym nakładem pieniędzy – 170 milionów w latach 2001, 2002. W miastach rozwieszane były plakaty, ukazujące narkotyki, jako przyczynę niepowodzeń młodych ludzi. Jednak kolejne lata pokazały, że w rzeczywistości taka forma nie dociera do młodzieży. W sondażach nastolatki przyznawały się do spożywania np. marihuany i często zaznaczały, że reklamy anty-narkotykowe zachęcały, a nie odstraszały. Ze względu na ogromne koszty – około 1.4 miliarda $ w latach 1998-2004 – oraz brak widocznych rezultatów,  postanowiono zakończyć kampanię.[4]

 Podobne próby walki ze spożywaniem narkotyków wśród młodzieży podjęła nowojorska organizacja Partnership for a Drug-Free America (Partnerstwo dla Ameryki Wolnej od Narkotyków). PDFA skupia siły na ograniczeniu, lub całkowitym wyeliminowaniu sprzedaży narkotyków takich jak kokaina, heroina, marihuana, ecstasy i wiele innych. Organizacja finansuje spoty telewizyjne zachęcające do odmawiania brania narkotyków. Przykładem jest powszechnie znany spot This is Your Brain On Drugs (To jest Twój Mózg po Narkotykach). Oryginał pochodzi z 1987. Mężczyzna przyrównuje branie narkotyków do smażenia na patelni jajka, podkreślając, że to dzieje się z naszym mózgiem, gdy przyjmiemy nawet najmniejszą dawkę szkodliwych substancji. [5]

Jeszcze jedną akcją anty-narkotykową był pojawiający się w latach 1989 – 2000 podczas każdej gry na automacie do gier slogan – „Winners don’t use drugs” („Zwycięzcy nie biorą narkotyków”). Akcja sygnowana przez dyrektora FBI, Williama S. Sessions, była wielokrotnie w przyszłości parodiowana, jednak hasło to pozostało w świadomości społecznej.

Office of National Drug Control Policy jest posądzany o opłacanie scenarzystów seriali, by ci w fabułę seriali wplatali przesłania anty-narkotykowe. Producenci seriali tj. np. ER czy Beverly Hills, 90120  byli dobrze wynagradzani za taką pomoc.[6] W tym kontekście ciekawe jest również to, że od września 2006 roku Office of National Drug Control Policy publikująca swoje anty-narkotykowe reklamy na portalu YouTube zawiesiła możliwość komentowania lub oceniania filmów. Stało się tak ze względu na ogromną falę niskich not na początku września 2006 roku.

Według danych Uniwersytetu w Michigan w latach 2001-2006 liczba młodych ludzi spożywających narkotyki w Stanach Zjednoczonych spadła o 7%. Nie wiadomo jednak jaki wpływ miały na to kampanie anty-narkotykowe.[7]

Walka z podażą narkotyków w krajach Ameryki Łacińskiej

Poza dążeniem do zmniejszania popytu na narkotyki na rynku wewnętrznym, Stany Zjednoczone, w ramach „War on Drugs”, prowadzą przede wszystkim szerokie działania na rzecz niwelowania podaży substancji psychoaktywnych w krajach producenckich, m.in. w Kolumbii, Boliwii, Peru, czy Meksyku. 32% funduszy przekazywanych przez USA na wsparcie rozwoju Kolumbii przeznaczanych jest bezpośrednio na walkę z narkotykami.  Pozostałe sektory korzystające z pomocy to wojsko (również uczestniczące w „War on Drugs”), instytucje rozwoju społecznego oraz gospodarka. Działania związane ze zwalczaniem problemu narkotykowego, polegają np. na rozpylaniu substancji szkodliwych nad plantacjami koki. Dzięki temu w 2003 roku 500 ton koki zostało zniszczonej, co szacunkowo zmniejszyło dochód grup narkotykowych o 100 mln $.

Jednak badania dowodzą, że działania prowadzone w Kolumbii nie mają realnego wpływu na spadek przemytu narkotyków do Stanów.[8] W latach 2000-2006 USA wydało na tzw. Plan Kolumbia 4,7 miliarda $, starając się ograniczyć produkcję koki w tym kraju. Efektem tych działań było zmuszenie karteli narkotykowych do przeniesienia się w rejony mniej dostępne dla sił amerykańskich i kontynuowanie uprawy z większą ostrożnością. Po sześciu latach trwania programu ilość koki wyprodukowanej w Kolumbii utrzymywała się na tym samym poziomie. Wzrosła także jej uprawa w państwach granicznych – Peru i Boliwii.[9]

Krajem stanowiącym główne źródło nielegalnych substancji psychoaktywnych na rynku północnoamerykańskim jest współcześnie Meksyk. Jedną z pierwszych akcji anty-narkotykowych, którą Stany Zjednoczone przeprowadziły w innym kraju, była Operacja Intercept podjęta w 1969 roku właśnie na granicy z Meksykiem, jeszcze przed rozpoczęciem „War on Drugs”. Prezydent Nixon chciał wówczas zmniejszyć ilość marihuany przemycanej z Meksyku. Ponad dwie dekady później, w latach 90 XX wieku, 80-90% kokainy przemyconej do USA pochodziło z Meksyku. [10] W 2011 roku, w wyniku coraz dokładniejszych kontroli granicznych, meksykańskie kartele narkotykowe wprowadziły nową metodę transportu marihuany do Stanów, katapultami przerzucającymi paczki z narkotykami przez granicę.[11] Innymi powszechnymi metodami przemytu stały się także podziemne tunele, awionetki, barki oraz opłacani w tym celu ludzie (tzw. mulas).

Pomimo braku powodzenia coraz bardziej zaawansowanych i zakrojonych na szeroką skalę działań podejmowanych w ramach strategii przeciwdziałania produkcji i transportu substancji psychoaktywnych z Meksyku do USA, strategia militaryzacji problemu narkotykowego pozostaje niezmienna. Potwierdza to m.in. przyjęcie w 2008 roku tzw. Inicjatywy Merida, zawartej pomiędzy rządami USA, Meksyku oraz państwami Ameryki Centralnej. Na mocy podpisanego porozumienia USA  w przeciągu 3 lat przeznaczyły 1,4 mld $ na wsparcie działań zmierzających do redukcji podaży narkotyków w tych krajach, w tym na unowocześnienie wyposażenia wojskowego, przeprowadzenie anty-narkotykowych szkoleń wojskowych, wzmocnienie wymiaru sprawiedliwości, a także, w mniejszym stopniu, na finansowanie lokalnych inicjatyw społecznych.[12]

W efekcie Inicjatywa Merida nie przyczyniała się jednak do osłabienia produkcji i przemytu narkotyków. Wpisała się raczej w dotychczasowy scenariusz wojny z narkotykami zgodnie, z którym w krajach, takich jak Meksyk, ludzie potencjalnie i faktycznie związani z przemytem narkotyków nadal „znikają” w niewyjaśnionych okolicznościach, społeczeństwo prezentuje wysoki poziom poczucia zagrożenia, a korupcja w instytucjach państwowych jest wyjątkowo wysoka.  Wszystkie te zjawiska zostały dobrze ukazane w filmie dokumentalnym BBC This World 2010 Mexico’s Drug War.

Opinie na temat skuteczności „War on Drugs” są podzielone. Wiele osób zauważa, że od 1971 roku sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu. Tego zdania jest na przykład emerytowany policjant, były pracownik działu antynarkotykowego, Jack Cole. Pracował on w policji w New Jersey od 1934 roku, kiedy działem narkotykowym zajmowało się 7 z 700 zatrudnionych tam funkcjonariuszy. W październiku na mocy rozporządzenia Nixona i przeznaczonych na ten cel funduszy, w New Jersey powstało biuro antynarkotykowe w składzie aż 76 osób. Jednak bez względu na to ilu funkcjonariuszy było zatrudnionych sytuacja się pogarszała. Dlatego Jack Cole zdecydował się na założenie Law Enforcement Against Prohibition (LEAP) (Stróże Prawa Przeciw Prohibicji) skupiający policjantów, sędziów, prokuratorów. Organizacja ta promuje ideę traktowania uzależnienia od narkotyków przede wszystkim jako problemu zdrowotnego, a nie kryminalnego, co prawdopodobnie zakończyłoby „War on Drugs”.[13] Cole podkreśla, że obecnie ludzie uzależnieni od narkotyków nie szukają pomocy, obawiając się konsekwencji prawnych i możliwości kary więzienia.

W wywiadzie Jack Cole wspomina również o sumie wydawanej przez rząd amerykański na „War on drugs”. Jest to około 70 miliardów dolarów rocznie.  Wydatki te można śledzić na stronie http://www.drugsense.org/cms/wodclock , gdzie znajdziemy również informacje o ilości obecnie aresztowanych i sądzonych w danym roku za posiadanie lub spożywanie narkotyków.

W kolejnym wywiadzie przeprowadzonym z obecnym prezesem LEAP, Nealem Franklinem, podana zostaje bardzo ważna informacja – w 1963 skazywalność w  sprawach morderstw wynosiła 91%, teraz jest to zaledwie 63%. Jest to efekt poświęcania zasobów pieniężnych i ludzkich na prohibicję. Franklin wspomina również o dekryminalizacji posiadania narkotyków w Portugalii i tego pozytywnych efektach. Jak mówi: „Odnotowano tam dwucyfrowy spadek użycia narkotyków przez dzieci w wieku szkolnym, (…) oraz wzrost zainteresowania leczeniem, ponieważ uzależnieni nie boją się przyznać”. [14]

W 2012 roku prezydenci Meksyku, Kolumbii i Gwatemali, spotkali się na 6 Szczycie Ameryk w Kolumbii, gdzie dyskutowali nad brakiem postępów „War on Drugs”. Ich opinia była jednomyślna – trzeba znaleźć alternatywne rozwiązanie tego problemu.[15] Jednak żadne konkretne działania nie zostały podjęte.

Studia naukowców dowodzą, że marihuana jest najpopularniejszym narkotykiem, a liczba jej konsumentów stale wzrasta. W 2010 roku było ich w Stanach 17 mln, czyli o 3 mln więcej niż w 2007. Dobrym znakiem jest spadek odsetka osób spożywających metaamfetaminę  i kokainę.[16]

W ostatnich latach rządzący w Stanach Zjednoczonych świadomi braku efektów wojny z narkotykami, starają się zmieniać jej oblicze. W 2009 roku dyrektor ONDCP ogłosił, że wyrażenie „War on Drugs” nie będzie już dłużej używane przez przedstawicieli gabinetu Obamy. Zmiana ta jest związana z pejoratywnym wydźwiękiem słowa wojna, oraz brakiem zmian w zachowaniu młodych ludzi. Gil Kerlikowske podkreślał, że najważniejszym jest zapobieganie aresztowaniu kolejnych młodych ludzi i powrotu do więzień tych, którzy odbyli już swoje wyroki. Administracja Obamy szacuje, że do 2015 roku zużycie narkotyków zostanie ograniczone o 15%.[17] Starając się dotrzeć do młodych odbiorców nadal powstają nowe kampanie jak np. Above the Influence (Poza Wpływem), sygnowana przez Biały Dom.[18] Kampania ta ma nowy wymiar, bo oprócz tego, że jest kierowana do młodych, to jest też w dużym stopniu przez nich tworzona. Każdy  użytkownik zalogowany na portalu internetowym kampanii, może wymienić się swoimi doświadczeniami z innymi uzależnionymi osobami.

Zmiany w walce z narkotykami były widoczne również w 2010 roku, gdy w Kalifornii głosowano nad propozycją zalegalizowania marihuany.[19] California Proposition 19 został odrzucony, jednak bardzo małą przewagą głosów (zaledwie 53,5 % głosowało na nie).[20] Wprowadzenie tych regulacji pozwoliłoby rządowi opodatkować i kontrolować sprzedaż tego narkotyku. Zwolennicy takiego rozwiązania podkreślają, że dzięki temu wiadomo by było, co wchodzi w skład danego narkotyku.

Podobne głosowanie odbyło się w 2012 roku w stanach Kolorado i Waszyngton, jednak jego wyniki były inne – zalegalizowano posiadanie, spożywanie i sprzedaż marihuany.

 Autor: Maria Maciejewska

 

Bibliografia:

  1. Thirty Years of America’s Drug War, Frontline, PBS; http://www.pbs.org/wgbh/pages/frontline/shows/drugs/cron/
  2. Battlegrounds on the Drug Policy War, Institute For Behavior and Health; http://www.ibhinc.org/
  3. Ryan Grim, A White House Drug Deal Gone Bad, Slate magazine, http://www.slate.com/articles/health_and_science/science/2006/09/a_white_house_drug_deal_gone_bad.html
  4. http://www.drugfree.org/brief-history
  5. Monitoring the Future http://monitoringthefuture.org/data/06data.html
  6. Prime-time Propaganda http://www.salon.com/2000/01/13/drugs_6/
  7. George F. Will Gil Kerlikowske’s reality checkin the drug war http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2009/10/28/AR2009102803801.html
  8. Jack Cole o narkotykach http://www.youtube.com/watch?v=q90jCS9DKQw
  9. ReasonTV http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=BY6gzL0qQN8
  10. Operation Intercept web page, National Security Archive, http://www.gwu.edu/~nsarchiv/NSAEBB/NSAEBB86/
  11. 11.  G.Crawford, J.Cave Sealing the Borders: The Effects of Increased Military Participation in Drug Interdiction
  12. 12.  „Mexico’s 2008 defence budget goes under review”. Janes.com.   http://www.janes.com/products/janes/defence-security-report.aspx?ID=1065927336
  13. BBC This World 2010 Mexico’s Drug War, http://www.youtube.com/watch?v=stUCR9ubCP8
  14.  American Drug War: The Last White Hope, http://www.youtube.com/watch?v=6CyuBuT_7I4
  15. http://en.wikipedia.org

 

Przypisy:


[1]   Thirty Years of America’s Drug War, Frontline, PBS; http://www.pbs.org/wgbh/pages/frontline/shows/drugs/cron/

[2]   Battlegrounds on the Drug Policy War, Institute For Behavior and Health; http://www.ibhinc.org/

[3]   George F. Will Gil Kerlikowske’s reality checkin the drug war  http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2009/10/28/AR2009102803801.html

[6]   Prime-time Propaganda http://www.salon.com/2000/01/13/drugs_6/

[7]   Web page Monitoring the Future http://monitoringthefuture.org/data/06data.html

[8]   G.Crawford, J.Cave Sealing the Borders: The Effects of Increased Military Participation in Drug Interdiction

[9]    „2005 Coca Estimates for Colombia”. Office of National Drug Control Policy. April 14, 2006

[10]  Operation Intercept web page, National Security Archive,   http://www.gwu.edu/~nsarchiv/NSAEBB/NSAEBB86/

[12]  „Mexico’s 2008 defence budget goes under review”. Janes.com.  http://www.janes.com/products/janes/defence-security-report.aspx?ID=1065927336

[15]  „Politics this week”. The Economist. March 31, 2012

[19] Studia naukowców dowodzą, że marihuana jest najpopularniejszym narkotykiem, a liczba jej konsumentów stale wzrasta. W 2010 roku było ich w Stanach 17 mln, czyli o 3 mln więcej niż w 2007. Dobrym znakiem jest spadek odsetka osób spożywających metaamfetaminę  i kokainę.[19]

[20]  „Supplement to the Statement of Vote Statewide Summary by County for State Ballot Measures”.